To mógł być świetny film. Niestandardowa budowa, łamiąca zasady filmów katastroficznych mogła być jego atutem. Charyzmatyczny główny bohater - oczywiście świetny Kevin Costner - jego największą siłą. No ale cóż nie zawsze musi się udać ;(Zraziłam się swoją drogą dopiero, gdy film po raz kolejny zaczął się kończyć (trzeci czy czwarty raz) i zakończenie to rozwaliło całą psychologiczną otoczkę wokół głównego bohatera. Nic, że była to psychologia przedszkolna. Zostawiono nam jedynie iście amerykańskie poświęcenie dla ratowania życia kolegi po fachu, z równie amerykańskim bohaterstwem bez powodu i bez sensu. Z niestrawną dawką patosu i pocieszeniem w charakterze jakiejś nieprawdopodobnej legendy (!) o której mówi się tutaj tonem równie poważnym, co o hipotermii.
W miejscu gdzie można było wpisać w scenariusz zwycięstwo człowieka nad jego demonami z przeszłości, wygraną jego woli i wewnętrzne wyzwolenie, prawdziwą przemianę, widzimy jedynie miotającego się bez sensu na prawo i lewo Costera, który jest oczywiście bardzo przekonujący w swej roli, wszak traktuje poważnie pracę za którą dostaje miliony dolarów. Ale do rzeczy.
Nasz bohater, ku ogólnemu zdziwieniu - wszak przez cały film był typem zawadiackiego wojownika, niczym Han Solo - bez przyczyny i bez ostrzeżenia, bez wyjaśnienia nawet, wycofuje się i zamierza cichaczem zostawić robotę którą kocha oddalając się na emeryturę. Co mu się nie udaje. To chyba miało oznaczać że "tacy jak on się nie zmieniają" - szkoda tylko, że seria wcześniejszych scen przeczy tej tezie. Tak więc jedyną pozytywną stroną filmu jest kilku paradujących po ekranie mięśniaków - przystojniaków i uczący ich twardziel - Kevin Costner.
Z żalem muszę powiedzieć, że to nie wystarcza! To za mało i czuję ogromny niedosyt. Niemiło jest spodziewać się więcej dostać mniej. Szkoda - wielka szkoda, tak wielka jak mógłby być ten film. Bo mógł on być czymś więcej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz