poniedziałek, 6 października 2008

Ogród luizy

Od gromkiego śmiechu, do głębokiego przerażenia. Od drwiny do wzruszenia. Od słodkości po gorycz. Od nienawiści do miłości. Na granicy bajki i kryminału toczy się ta opowieść, choć nie sądziłam przedtem, że te dwa style gdziekolwiek mogą się spotkać. Opowieść poruszająca serce i oczyszczająca duszę. Przypominająca Ci o emocjach, o których nie wiedziałeś, że są. Opowieść o miłości, która rodzi się, dojrzewa, staje się doskonała i zmienia człowieka. O miłości za nic, i o miłości, która niczego nie oczekuje i nie potrzebuje - niczego prócz siebie samej.

O miłości, która dzieje się tuż pod naszym nosem. Spotykamy ją bowiem w okolicznościach będących odbiciem naszej, polskiej rzeczywistości, odbiciem prawdziwym do bólu, wydawałoby się - nie dającym nadziei obrazem miejsca, z którego można tylko uciec. Ta rzeczywistość to Polska - polscy politycy, małe miasteczka, polskie sądy, policja i gangi. To kraj w którym burmistrzem zostaje wiecznie wkurzony populista, gdzie "sądy rodzinne są tańsze niż karne", bo wszędzie gdzie decydują niezawiśli sędziowie wszystko da się załatwić. Komentowanie tej rzeczywistości, ale bez rozpaczania nad nią - to jeden z wielkich atutów Ogrodu Luizy.

Bo to jest kraj, w którym politycy i prawnicy są jacy są , a gangsterzy mogą okazać się tymi, którzy kochają najmocniej. Ludzie w tym filmie - też są stąd. W małych miasteczkach, na wiecach poparcia. W wielkich miastach, w agencjach towarzyskich, w szpitalach psychiatrycznych. Ale jakkolwiek byłoby źle - nie jest beznadziejnie. Może ta słodycz mimo wszystko, ta "bajka o Polsce" jest tym czego potrzebujemy. Może nie chcemy już patrzeć na to jak jest źle, może chcemy by i tutaj raz cioś się udało. Mimo wszystko. Mimo niesprzyjających okoliczności i patowej sytuacji. Jak zawsze chcemy zwycięstwa miłości.

Ten film - przyznaję - balansuje na granicy przesadnej słodyczy. Może mówi nam, że jest lepiej niż naprawdę jest, może mówi nam to, co chcielibyśmy usłyszeć - takie właśnie miałam wrażenie oglądając zakończenie po raz pierwszy. Ale myślę, że to nie widzowie stworzyli to zakończenie. Stworzyła je nadzieja - wcale nie bezsensowna - że może się udać, nawet tu i teraz, że miłość może zwyciężyć, że możesz wybrać własną drogę, że możesz być kim tylko zechcesz. I że także tą rzeczywistość możesz odwrócić w dobrą stronę. Tu też wszystko jest możliwe.

Chciałabym - kto by nie chciał - spotkać kogoś takiego jak Fabio. Kogoś jednocześnie twardego i romantycznego. Kogoś z zasadami, nawet jeśli niewiele mają one wspólnego z prawem, bo prawo właściwie go nie obowiązuje. Kogoś, kto potrafi tak kochać. Kogoś, kto bezinteresownie jest w stanie zrobić wszystko, dla takiej dziewczyny jak Luiza. Tylko dlatego, że tak trzeba. Dlatego, że tak mu mówi serce.

W rolach głównych Marcin Dorociński i Patrycja Soliman - sól tego filmu. Nie będę się rozpisywać bo nie ma o czym - ich role są po prostu doskonałe. Przynajmniej jak dla mnie - takie mogłoby być prawdziwe polskie kino - bajka zamiast depresyjnej beznadziei.

środa, 26 marca 2008

Malowany Welon

Człowiek jest historią czekającą by ją opowiedzieć.

Opowiadają więc - Edward Norton i Naomi Watts (oklaski na stojąco za tę opowieść im sięnależą). A historia jest do bólu zwyczajna, historia jest o miłości a cała 'akcja' rozgrywa się na dnie ludzkiej duszy. A jest to historia dwojga brytyjczyków i ich małżeństwa, osadzona w egzotycznej scenerii Chin I poł. XX wieku. Ich historia opowiedziana jest skromnie i bez fajerwerków technicznych, nie ma tu wielkich bitew - raczej społeczne niepokoje, nie ma bohaterów walczących z epidemią cholery - są pragmatyczni naukowcy, ludzie zmęczeni, kierujący się w swoich decyzjach bardzo różnymi pobudkami.

Są tu ludzie - i to co w filmie najciekawsze, a co zawdzięczamy doskonałemu aktorstwu, to to co wydobywa się z najciemniejszch czasem, a czasem najjaśniejszych zakamarków duszy. Norton i Watts - to oni zbudowali ten obraz od zera, oni uczynili go dziełem sztuki. Stworzyli film niezwykły, film, który porusza i niepokoi, taki, który nie pozwala spokojnie zasnąć.

Malowany welon rozgrywa się w pięknej ale ubogiej, chwilami nawet ascetycznej scenerii. W powtarzających się miejscach, do których widz przyzwyczaja się jak do domu, w otoczeniu ciągle tych samych osób. Wchodzimy w świat głównych bo haterów spokojnie i w ciszy. Z nimi podróżujemy w milczeniu, do miejsca, które stanie sięich jedynym prawdziwym domem, do miejsca gdzie będzie im dane odnaleźć samych siebie i odnaleźć się nawzajem. Nic co się tutaj rozegra nie będzie widoczne gołym okiem, nie będzie oczywiste, nie będzie krzyczało. A jednak będzie wiarygodne, uzasadnione, będzie siępowoli rozwijało gdzieś pod powierzchnią , pozwoli im dorosnąć, pozwoli się zmienić.

Watts i Norton - nie mieli prostego zadania. Na nich oparty jest cały film, i to oni musieli unieść ciężar tego niezwykłego obrazu. Rozegrali teatr dwojga aktorów i zrobili to po mistrzowsku. Z nimi przeżywamy, na ich twarzach wypatrujemy uczuć. Ich bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, odnajdujemy w nich też trochęsamych siebie, są prawdziwi, decydują czasem dobrze, a czasem źle - jak mówi Kitty - "Jesteśmy bardziej skomplikowani. Popełniamy błędy i zawodzimy."

Ci bohaterowie czasem kochają i ufają bezgranicznie, a czasem są zimni i okrutni. Są w stanie oddać za siebie życie, ale i się nawzajem otruć. Czasem są blisko, a czasem nadspodziewanie daleko o d siebie. I cały czas się zmieniają, ewoluują, myślą. I choć ta ewolucja dokonuje się w ich duszach, my ją czujemy i nią oddychamy. Przechodzi nas dreszcz od samego spojrzenia - niewielu aktorów potrafi to sprawić.

Ale co w tym filmie jest najbardziej niezwykłe? Stawia niewygodne dla niektórych pytanie czym jest miłość i wierność, co to znaczy nie opuścić kogoś aż do śmierci. Uczy nas tego co być może najważniejsze w życiu. Lepiej kochać i stracić niż nie kochać wcale. A kochając można się bardzo wiele dowiedzieć o życiu, i o sobie.

Dla takich filmów i za takie filmy można kochać kino.

Iluzjonista

Dawno mnie zakończenie nie zaskoczyło, oj dawno ;P Tutaj zakończenie nadaje całości smaku, jak przyprawa dosypywana na koniec. Ale od początku. Iluzjonista to film dobry. Opowiada historię Eisenheima Iluzjonisty, od czasów gdy był dzieckiem z fantazją, do tych gdy stał się sławny i bogaty, oraz jego dziecięcej i nie tylko dziecięcej miłości do niejakiej Sofii, dziewczyny z wyższych sfer.

Film utrzymany w konwencji opowieści z narratorem, którego rolę przejmuje oficer cesarskiej policji. Narratorem, który może nie jest od początku wszystkowiedzący, ale z którym za to my odkrywamy tajemnice. I ponieważ nie jest on stroną konfliktu Eisenheima z księciem, nie zna racji ani jednej ani drugiej strony do końca, co sprawia, że widzi rzeczywistość jak zwykły człowiek. Albo tak, jak ma ją zobaczyć. Tak, jak ktoś chce by ją zobaczył. Kto? Ten, który sprawia, że ludzie myślą, że widzą coś innego, niż widzą naprawdę - Eiseheim Iluzjonista.

Ludzkie Dzieci

filmy o przyszłości sązwykle przerażające. Przeraża nas nie tyle reżyserska wizja, ile czające się gdzieś pod skórką świadomości poczucie, że to się może spełnić. Że to w tym okropnym kierunku zmierza ludzkość, nie tylko w kierunku zagłady, ale także w kierunku cierpienia. Film Alonso Cuarona nie straszy nas efektem cieplarnianym (jak, co by nie mówić Pojutrze), ani wielką epidemią (Jestem Legendą, wszystkie Resident Evil), która wszystkich zabje.

Jego bohaterowie to my. Tyle, że żyjący w straszliwej pustce i cierpieniu, bo oto nie rodzą się dzieci. Nie wiadomo dlaczego. I my, zwykli ludzie, którzy nie jesteśmy naukowcami, nic nie możemy zrobić. Robimy więc coś w czym jesteśmy świetni - podsycamy spory i konflikty, karmimy sięniemnawiścią do wszystkich, którzy są jakoś inni. Na przykład do imigrantów, odmiennych rasowo i kulturowo.


Ten mroczny film, niby daje nadzieję, niby kończy siętak jak powinien, niby istnieje ta tajemnicza organizacja, a dziecko zostaje ocalone. Ale czy to jest szczęśliwe zakończenie? Jeśli tak, to czemu po końcowych napisach nie opuszcza nas ten dreszcz niepokoju? Przerażenie pozostaje. Dziecko rozświetliło mrok na kilka krótkich chwil. Jak wtedy, gdy matka wychodzi z budynku z maleństwem na ręku - strzały cichną, twarze żołnierzy rozświetla uśmiech nadziei, a po kilku sekundach wraca rzreczywistość. A u Cuarona ta rzeczywistość, to najczarniejsze zakątki duszy, pełna jest strachu, uprzedzeń, nienawiści i jedno dziecko nie może jej zmienić. Odchodzi więc tam, gdzie można jeszcze normalnie żyć, pozostawiając nas w krainie mroku.

Mesjańskie skojarzenia, jakie się przy tym filmie nasuwają są chyba nieuniknione. A wnioski smutne ale prawdziwe - oto dziecko przynosi nam radość, oto dostajemy nasz cud, nasz skarb. Ale czy to nas zmienia? Na jak długo? Jaki los gotujemy sobie nawzajem, naszym braciom? Jaki los czeka nas wszystkich?

piątek, 8 lutego 2008

Gwiezdny Pył

Zwykle oglądając ekranizację po przeczytaniu książki widz jest raczej niezadowolony - a to któreś ulubione fragmenty nie zmieściły się w scenariuszu, a to któraś z ulubionych postaci została potraktowana po macoszemu, albo choć tylko wygląda nie tak jak sobie wyobrażał. Ale nie tutaj.
Gwiezdny Pył jest jedną z niewielu znanych mi historii, które zyskują na przeniesieniu na ekran - film tez zyskuje mianowicie specyficzny humor i niespotykanego - przynajmniej w baśniach - ducha.
Nie jest to bowiem bajka jak od Disneya - zbyt wiele tu prawdy o życiu, zbyt wiele krwistych, rysowanych mocną kreską postaci. Ta bajka ma o wiele więcej smaku. Jeśli więc lubimy sobie pomarzyć, a jednocześnie lubimy inteligentne filmy, takie w których twórcy mrugną do nas - jakby nie było dorosłych - widzów od czasu do czasu z ekranu porozumiewawczo, mówiąc: "my też wiemy, że to tylko bajka", to się nie zawiedziemy.
Cała historia dotyczy, jak informuje nas na wstępie narrator, dorastania niejakiego Tristana Thorna. Żeby "z chłopca stać się mężczyzną" nasz bohater będzie musiał oczywiście wyruszyć w daleką i pouczającą podróż - my z nim razem z nim razem zwiedzimy świat magii i dowiemy się co nieco o życiu. A także nieraz uśmiechniemy się do autora tej historii - Neila Gaimana, gdy ten puści do nas wspomniane już oko.
Jak na opowieść w 100 procentach bajkową jest to dość mądry film, na dodatek bardzo przyjemny w odbiorze i wabiący niestandardowym potraktowaniem tematu. Warto go zobaczyć choćby dla Roberta DeNiro i Michelle Pfeiffer, którzy - to aż widać - musieli mieć świetną zabawę przy kreowaniu swoich postaci. A także dla kilku bardzo zabawnych scenek i dialogów. Dla przykładu - książęta mają tutaj dosłownie błękitną krew, duchy mordujących się wzajemnie braci, zostają komentatorami bieżących wydarzeń, kapitan o wyjątkowo groźnej reputacji, okazuje się być wcale-nie-taki-groźny, a wszyscy bohaterowie gnają w szaleńczym wyścigu do spadającej gwiazdy. Gwiazdy, która przybiera tutaj ponętną postać Claire Danes.
Z całą pewnością nie jest to baśń, w której wszystko jest tak jak się tego spodziewałeś.