niedziela, 29 marca 2009

Popiełuszko. Wolność jest w nas.

Ale ja jestem wolny...

Nieczęsto wychodzi się z kina po polskim filmie z poczuciem, że było lepiej niż się spodziewaliśmy. A już szczególnie gdy chodz o tzw. "lektury obowiązkowe". Pan Tadeusz, Quo Vadis, będące ekranizacjami narodowych dziełi totalną (no dobra mioże Żebrowski zbierający mrówki z miejsc wiadomych i konający Linda jakoś się broniąale jednak) klęską. Nawet te, które chwaliliśmy, Ogniem i Mieczem (za Bohuna ;), czy ostatnio Katyń nie wywołały we mnie wielkich emocji.

Właśnie - Katyń. Wiadomo - to dobry film. Widomo - dobry (nie wiem czy "kultowy", ale na pewno solidny) reżyser. Dobra gra aktroska. Ale każda z tycjh cech oceniana jest oddzielnie. Oglądając Katyń patrzy się na konkretną scenęi myśli "o, jak Englert wzruszająco przemawia", na kolejną - "o, jak Komorowska i Ostaszewska dobrze grają", na jeszcze następną "o, jak świetnie napisaną postać ma Chyra". I oczywiście nie przeczę - trzeba go obejrzeć, wszak to nasza historia. Ale nie składa się to wszystko na film dotykający duszy. Nie, ten film jest zimny! Na ekranie pojawiają sie kolejne daty, przeplatające się wątki poruszają jedyny temat - cierpienie. Ale nie ma bohatera, z którym cierpiałby widz, nie ma postaci, o którą by drżał, z którą by się zżył i której losem by się przejął. Żołnierzy zastrzelono w katyńskim lasku? - to wszyscy wiemy, Antygonę, chcącą sprawić bratu grób zamknięto? - no cóż, wiedziała czego sie spodziewać, młody chłopak zerwał sowiecki plakat i zginął na ulicy, jak tylko spotkał dziewczynę marzeń? - a po cholerę zrywał pod samym sowieckim nosem, Chyra się zastrzelił? - to akurat było dla niego chyba jedyne honorowe wyjście.
I my liczyliśmy, że ten film dostanie Oskara?

Nie wiem dlaczego wychodząc z kina po "Popiełuszce" pomyślałam właśnie o "Katyniu" Wajdy, ale pomyślałam, że ta historia zrealizowana, przez niewielu znanego reżysera i scenarzystę - Rafała Wieczyńskiego - bije na głowę naszego niedawnego oskarowego kandydata. Dlaczego? Za całokształt, a więc z wielu powodów.

Po pierwsze - i jak dla mnie najbardziej oczywiste - za Adama Woroniewicza i nie tylko jego fizyczne podobieństwo do ks. Jerzego. Także doskonała gra i doskonałe przygotowanie do roli. On po prostu JEST Popiełuszką. A ksiądz jest tutaj bohaterem- oczywiście. Ale mimo iż może nawet trochę miejscami nonszalancko-bondowskim (jak widać niełatwo godzę się na to określenie ;), to na pewno nie ze stali. A wręcz przeciwnie z krwi i kości - jest nieśmiały i uparty, trochę próżny (portret! - miodzio scena ;) trochę odważny, a trochę wystraszony, żartobliwy i śmiertelnie poważny, ale i bardzo, bardzo ludzki. A więc otwarty, pomocny (buty - i znowu ;), zwyczajny. Chciałby mieć przyjaciół jak każdy, chciałby czasem odpocząć, i na pewno nie chciałby musieć umierać.
Na pewno nie chciałby musieć cierpieć, ani żeby inni musieli cierpieć i się bać. Ten strach bijący się w nim z poczuciem obowiązku wobec ludzi, którzy mu ufają, stawia go bardzo blisko nas - zwykłych śmiertelników. I to, że ta złożona postać wypada wiarygodnie - to mało powiedziane, bo ogklądając film nie myśli się o kunszcie aktorskim Adama Woroniewicza, nie - po prostu towarzyszy się księdzu Jerzemu w drodze jego życia.

Po drugie i po krótce - inni aktorzy, którzy zrobili co do nich należało i zrobili to naprawdę dobrze. Myślę że Zamachowskiego i jemu podobnych chwalić nie trzeba. W tym miejscu także specjalne pozdrowienia dla Pewnego Górnika i wielu innych, bez których nie byłoby tego filmu ;). Tylko Prymas w tym gronie wychodzi na kiepskiego aktora, no ale coż zrobić skoro został zaproszony.

Po trzecie - lektura obowiązkowa, czyli historia naszej ojczyzny i naszej własnej wolności.
Zrobić film o wydźwięku patriotycznym, trwający 2,5 h, bez przestojów, nudzenia, moralizatorstwa buijącego z ekranu po oczach i biadolenia o szarej rzeczywistości to sztuka która niewielu się udaje. Którz mógł przypuszczać , że tu się uda. A udała się. Reżyserowi i zarazem scenarzyście udało się zrobić film bardzo emocjnalny, w sensie wywołujący emocje u widza - w żadnym razie nie mam na myśli taniej emocjonalności rodem z Hollywood, w typie bajki od pucybuta do milionera, czy też może tu bardziej do bohatera, lecz emocje dotyczące naszej historii, skłaniające do zastanowienia się jak to się stało, że Polacy stanęli naprzeciw Polaków?, jak to się stało, że milicjanci bili kobiety na ulicach, jak to się stało, że na komisariacie pobili chłopaka śmiertelnie? I wreszcie jak to się stało,
że władze wydały polecenie zamordowania księdza ? Gdzie było wtedy prawo? Gdzie sprawiedliwość? Gdzie wolność?

Po czwarte - prawda. Fakt, że nikt tej historii nie wymyślił jest przerażający. Fakt, że wielu ludzi musiało zginąć, tylko dlatego, że domagali się rzeczy dla nas tak banalnych i oczywistych, jak niezależne związki zawodowe. Że można było stracić życie tak poprostu, że dla niektórych tak niewiele ono znaczyło. Dziś ciężko sobie wyobrazić Polskę bez praw człowieka, wyborów i Unii Europejskiej - bez wolności. Ale nasza Ojczyzna przeszła właśnie to co przeszła, by dojść tu, gdzie jest - i nam nie wolno o tym zapomnieć. Ani o tych, którzy cierpieli, a niejednokrotnie też zginęli, żebyśmy my mogli dzisiaj chodzić na wybory. Taka perspektywa stawia na naszych barkach ogromną , dla wielu niechcianą, odpowiedzialność. My mamy wolną Polskę. I co z nią robimy?


Po
piąte - wszystko razem. Bo nie czuję się na siłach napisać o wadach, zaletach, podsumować, przyznać punkty od 1 do 10 i z głowy. Ten film to historia bohatera, ale nie będę sięzastnawiała nad etapami jego podróży. Bo scenarzysta tej postaci nie wymyślił, ale też dlatego, że jest to księdzu Jerzemu towarzyszymy przez cały film, z nim się zaprzyjaźniamy i mamy do niego bardzo osobisty stosunek. Może czas minie , obejrzę film jeszcze kilka razy i będę potrafiła powiedzieć o nim coś bardziej profesjonanego a mniej emocjonalnego, ale nie wydaje mi się. Bo patrząc na ten film myśli się - o Boże, nie chciałabym musieć siętak bać! Nie chciałabym stać na czele i brać odpowiedzialności za tych którzy mi zaufali! Bo kim ja jestem i co im mogę obiecać- wolność? Zwycięstwo? I wreszcie - nie chciałabym tak umierać! Każdy chciałby być bohaterem doputy, dopóki oznacza to wiwat tłumów , podziw i oddanie ludzi. Dopóki stoi na piedestale otoczony przyjaciółmi. Kto chciałby być bohaterem, gdyby oznaczało to samotnośc i strach, strach przed śmiercią i strach o innych, gdyby oznaczło to ciągłe groźby i poniżanie? I kto obok strachu znalazłby dosć odwagi by pozostać wolnym? By nie uciec, nie zdezerterować, nie zdradzić przyjaciół? Ilu z nas potrafiłoby do końca i pomimo wszystko swoją postawą mówić - ja jestem wolny?



poniedziałek, 6 października 2008

Ogród luizy

Od gromkiego śmiechu, do głębokiego przerażenia. Od drwiny do wzruszenia. Od słodkości po gorycz. Od nienawiści do miłości. Na granicy bajki i kryminału toczy się ta opowieść, choć nie sądziłam przedtem, że te dwa style gdziekolwiek mogą się spotkać. Opowieść poruszająca serce i oczyszczająca duszę. Przypominająca Ci o emocjach, o których nie wiedziałeś, że są. Opowieść o miłości, która rodzi się, dojrzewa, staje się doskonała i zmienia człowieka. O miłości za nic, i o miłości, która niczego nie oczekuje i nie potrzebuje - niczego prócz siebie samej.

O miłości, która dzieje się tuż pod naszym nosem. Spotykamy ją bowiem w okolicznościach będących odbiciem naszej, polskiej rzeczywistości, odbiciem prawdziwym do bólu, wydawałoby się - nie dającym nadziei obrazem miejsca, z którego można tylko uciec. Ta rzeczywistość to Polska - polscy politycy, małe miasteczka, polskie sądy, policja i gangi. To kraj w którym burmistrzem zostaje wiecznie wkurzony populista, gdzie "sądy rodzinne są tańsze niż karne", bo wszędzie gdzie decydują niezawiśli sędziowie wszystko da się załatwić. Komentowanie tej rzeczywistości, ale bez rozpaczania nad nią - to jeden z wielkich atutów Ogrodu Luizy.

Bo to jest kraj, w którym politycy i prawnicy są jacy są , a gangsterzy mogą okazać się tymi, którzy kochają najmocniej. Ludzie w tym filmie - też są stąd. W małych miasteczkach, na wiecach poparcia. W wielkich miastach, w agencjach towarzyskich, w szpitalach psychiatrycznych. Ale jakkolwiek byłoby źle - nie jest beznadziejnie. Może ta słodycz mimo wszystko, ta "bajka o Polsce" jest tym czego potrzebujemy. Może nie chcemy już patrzeć na to jak jest źle, może chcemy by i tutaj raz cioś się udało. Mimo wszystko. Mimo niesprzyjających okoliczności i patowej sytuacji. Jak zawsze chcemy zwycięstwa miłości.

Ten film - przyznaję - balansuje na granicy przesadnej słodyczy. Może mówi nam, że jest lepiej niż naprawdę jest, może mówi nam to, co chcielibyśmy usłyszeć - takie właśnie miałam wrażenie oglądając zakończenie po raz pierwszy. Ale myślę, że to nie widzowie stworzyli to zakończenie. Stworzyła je nadzieja - wcale nie bezsensowna - że może się udać, nawet tu i teraz, że miłość może zwyciężyć, że możesz wybrać własną drogę, że możesz być kim tylko zechcesz. I że także tą rzeczywistość możesz odwrócić w dobrą stronę. Tu też wszystko jest możliwe.

Chciałabym - kto by nie chciał - spotkać kogoś takiego jak Fabio. Kogoś jednocześnie twardego i romantycznego. Kogoś z zasadami, nawet jeśli niewiele mają one wspólnego z prawem, bo prawo właściwie go nie obowiązuje. Kogoś, kto potrafi tak kochać. Kogoś, kto bezinteresownie jest w stanie zrobić wszystko, dla takiej dziewczyny jak Luiza. Tylko dlatego, że tak trzeba. Dlatego, że tak mu mówi serce.

W rolach głównych Marcin Dorociński i Patrycja Soliman - sól tego filmu. Nie będę się rozpisywać bo nie ma o czym - ich role są po prostu doskonałe. Przynajmniej jak dla mnie - takie mogłoby być prawdziwe polskie kino - bajka zamiast depresyjnej beznadziei.

środa, 26 marca 2008

Malowany Welon

Człowiek jest historią czekającą by ją opowiedzieć.

Opowiadają więc - Edward Norton i Naomi Watts (oklaski na stojąco za tę opowieść im sięnależą). A historia jest do bólu zwyczajna, historia jest o miłości a cała 'akcja' rozgrywa się na dnie ludzkiej duszy. A jest to historia dwojga brytyjczyków i ich małżeństwa, osadzona w egzotycznej scenerii Chin I poł. XX wieku. Ich historia opowiedziana jest skromnie i bez fajerwerków technicznych, nie ma tu wielkich bitew - raczej społeczne niepokoje, nie ma bohaterów walczących z epidemią cholery - są pragmatyczni naukowcy, ludzie zmęczeni, kierujący się w swoich decyzjach bardzo różnymi pobudkami.

Są tu ludzie - i to co w filmie najciekawsze, a co zawdzięczamy doskonałemu aktorstwu, to to co wydobywa się z najciemniejszch czasem, a czasem najjaśniejszych zakamarków duszy. Norton i Watts - to oni zbudowali ten obraz od zera, oni uczynili go dziełem sztuki. Stworzyli film niezwykły, film, który porusza i niepokoi, taki, który nie pozwala spokojnie zasnąć.

Malowany welon rozgrywa się w pięknej ale ubogiej, chwilami nawet ascetycznej scenerii. W powtarzających się miejscach, do których widz przyzwyczaja się jak do domu, w otoczeniu ciągle tych samych osób. Wchodzimy w świat głównych bo haterów spokojnie i w ciszy. Z nimi podróżujemy w milczeniu, do miejsca, które stanie sięich jedynym prawdziwym domem, do miejsca gdzie będzie im dane odnaleźć samych siebie i odnaleźć się nawzajem. Nic co się tutaj rozegra nie będzie widoczne gołym okiem, nie będzie oczywiste, nie będzie krzyczało. A jednak będzie wiarygodne, uzasadnione, będzie siępowoli rozwijało gdzieś pod powierzchnią , pozwoli im dorosnąć, pozwoli się zmienić.

Watts i Norton - nie mieli prostego zadania. Na nich oparty jest cały film, i to oni musieli unieść ciężar tego niezwykłego obrazu. Rozegrali teatr dwojga aktorów i zrobili to po mistrzowsku. Z nimi przeżywamy, na ich twarzach wypatrujemy uczuć. Ich bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, odnajdujemy w nich też trochęsamych siebie, są prawdziwi, decydują czasem dobrze, a czasem źle - jak mówi Kitty - "Jesteśmy bardziej skomplikowani. Popełniamy błędy i zawodzimy."

Ci bohaterowie czasem kochają i ufają bezgranicznie, a czasem są zimni i okrutni. Są w stanie oddać za siebie życie, ale i się nawzajem otruć. Czasem są blisko, a czasem nadspodziewanie daleko o d siebie. I cały czas się zmieniają, ewoluują, myślą. I choć ta ewolucja dokonuje się w ich duszach, my ją czujemy i nią oddychamy. Przechodzi nas dreszcz od samego spojrzenia - niewielu aktorów potrafi to sprawić.

Ale co w tym filmie jest najbardziej niezwykłe? Stawia niewygodne dla niektórych pytanie czym jest miłość i wierność, co to znaczy nie opuścić kogoś aż do śmierci. Uczy nas tego co być może najważniejsze w życiu. Lepiej kochać i stracić niż nie kochać wcale. A kochając można się bardzo wiele dowiedzieć o życiu, i o sobie.

Dla takich filmów i za takie filmy można kochać kino.

Iluzjonista

Dawno mnie zakończenie nie zaskoczyło, oj dawno ;P Tutaj zakończenie nadaje całości smaku, jak przyprawa dosypywana na koniec. Ale od początku. Iluzjonista to film dobry. Opowiada historię Eisenheima Iluzjonisty, od czasów gdy był dzieckiem z fantazją, do tych gdy stał się sławny i bogaty, oraz jego dziecięcej i nie tylko dziecięcej miłości do niejakiej Sofii, dziewczyny z wyższych sfer.

Film utrzymany w konwencji opowieści z narratorem, którego rolę przejmuje oficer cesarskiej policji. Narratorem, który może nie jest od początku wszystkowiedzący, ale z którym za to my odkrywamy tajemnice. I ponieważ nie jest on stroną konfliktu Eisenheima z księciem, nie zna racji ani jednej ani drugiej strony do końca, co sprawia, że widzi rzeczywistość jak zwykły człowiek. Albo tak, jak ma ją zobaczyć. Tak, jak ktoś chce by ją zobaczył. Kto? Ten, który sprawia, że ludzie myślą, że widzą coś innego, niż widzą naprawdę - Eiseheim Iluzjonista.

Ludzkie Dzieci

filmy o przyszłości sązwykle przerażające. Przeraża nas nie tyle reżyserska wizja, ile czające się gdzieś pod skórką świadomości poczucie, że to się może spełnić. Że to w tym okropnym kierunku zmierza ludzkość, nie tylko w kierunku zagłady, ale także w kierunku cierpienia. Film Alonso Cuarona nie straszy nas efektem cieplarnianym (jak, co by nie mówić Pojutrze), ani wielką epidemią (Jestem Legendą, wszystkie Resident Evil), która wszystkich zabje.

Jego bohaterowie to my. Tyle, że żyjący w straszliwej pustce i cierpieniu, bo oto nie rodzą się dzieci. Nie wiadomo dlaczego. I my, zwykli ludzie, którzy nie jesteśmy naukowcami, nic nie możemy zrobić. Robimy więc coś w czym jesteśmy świetni - podsycamy spory i konflikty, karmimy sięniemnawiścią do wszystkich, którzy są jakoś inni. Na przykład do imigrantów, odmiennych rasowo i kulturowo.


Ten mroczny film, niby daje nadzieję, niby kończy siętak jak powinien, niby istnieje ta tajemnicza organizacja, a dziecko zostaje ocalone. Ale czy to jest szczęśliwe zakończenie? Jeśli tak, to czemu po końcowych napisach nie opuszcza nas ten dreszcz niepokoju? Przerażenie pozostaje. Dziecko rozświetliło mrok na kilka krótkich chwil. Jak wtedy, gdy matka wychodzi z budynku z maleństwem na ręku - strzały cichną, twarze żołnierzy rozświetla uśmiech nadziei, a po kilku sekundach wraca rzreczywistość. A u Cuarona ta rzeczywistość, to najczarniejsze zakątki duszy, pełna jest strachu, uprzedzeń, nienawiści i jedno dziecko nie może jej zmienić. Odchodzi więc tam, gdzie można jeszcze normalnie żyć, pozostawiając nas w krainie mroku.

Mesjańskie skojarzenia, jakie się przy tym filmie nasuwają są chyba nieuniknione. A wnioski smutne ale prawdziwe - oto dziecko przynosi nam radość, oto dostajemy nasz cud, nasz skarb. Ale czy to nas zmienia? Na jak długo? Jaki los gotujemy sobie nawzajem, naszym braciom? Jaki los czeka nas wszystkich?

piątek, 8 lutego 2008

Gwiezdny Pył

Zwykle oglądając ekranizację po przeczytaniu książki widz jest raczej niezadowolony - a to któreś ulubione fragmenty nie zmieściły się w scenariuszu, a to któraś z ulubionych postaci została potraktowana po macoszemu, albo choć tylko wygląda nie tak jak sobie wyobrażał. Ale nie tutaj.
Gwiezdny Pył jest jedną z niewielu znanych mi historii, które zyskują na przeniesieniu na ekran - film tez zyskuje mianowicie specyficzny humor i niespotykanego - przynajmniej w baśniach - ducha.
Nie jest to bowiem bajka jak od Disneya - zbyt wiele tu prawdy o życiu, zbyt wiele krwistych, rysowanych mocną kreską postaci. Ta bajka ma o wiele więcej smaku. Jeśli więc lubimy sobie pomarzyć, a jednocześnie lubimy inteligentne filmy, takie w których twórcy mrugną do nas - jakby nie było dorosłych - widzów od czasu do czasu z ekranu porozumiewawczo, mówiąc: "my też wiemy, że to tylko bajka", to się nie zawiedziemy.
Cała historia dotyczy, jak informuje nas na wstępie narrator, dorastania niejakiego Tristana Thorna. Żeby "z chłopca stać się mężczyzną" nasz bohater będzie musiał oczywiście wyruszyć w daleką i pouczającą podróż - my z nim razem z nim razem zwiedzimy świat magii i dowiemy się co nieco o życiu. A także nieraz uśmiechniemy się do autora tej historii - Neila Gaimana, gdy ten puści do nas wspomniane już oko.
Jak na opowieść w 100 procentach bajkową jest to dość mądry film, na dodatek bardzo przyjemny w odbiorze i wabiący niestandardowym potraktowaniem tematu. Warto go zobaczyć choćby dla Roberta DeNiro i Michelle Pfeiffer, którzy - to aż widać - musieli mieć świetną zabawę przy kreowaniu swoich postaci. A także dla kilku bardzo zabawnych scenek i dialogów. Dla przykładu - książęta mają tutaj dosłownie błękitną krew, duchy mordujących się wzajemnie braci, zostają komentatorami bieżących wydarzeń, kapitan o wyjątkowo groźnej reputacji, okazuje się być wcale-nie-taki-groźny, a wszyscy bohaterowie gnają w szaleńczym wyścigu do spadającej gwiazdy. Gwiazdy, która przybiera tutaj ponętną postać Claire Danes.
Z całą pewnością nie jest to baśń, w której wszystko jest tak jak się tego spodziewałeś.

środa, 28 listopada 2007

Patrol

To mógł być świetny film. Niestandardowa budowa, łamiąca zasady filmów katastroficznych mogła być jego atutem. Charyzmatyczny główny bohater - oczywiście świetny Kevin Costner - jego największą siłą. No ale cóż nie zawsze musi się udać ;(

Zraziłam się swoją drogą dopiero, gdy film po raz kolejny zaczął się kończyć (trzeci czy czwarty raz) i zakończenie to rozwaliło całą psychologiczną otoczkę wokół głównego bohatera. Nic, że była to psychologia przedszkolna. Zostawiono nam jedynie iście amerykańskie poświęcenie dla ratowania życia kolegi po fachu, z równie amerykańskim bohaterstwem bez powodu i bez sensu. Z niestrawną dawką patosu i pocieszeniem w charakterze jakiejś nieprawdopodobnej legendy (!) o której mówi się tutaj tonem równie poważnym, co o hipotermii.

W miejscu gdzie można było wpisać w scenariusz zwycięstwo człowieka nad jego demonami z przeszłości, wygraną jego woli i wewnętrzne wyzwolenie, prawdziwą przemianę, widzimy jedynie miotającego się bez sensu na prawo i lewo Costera, który jest oczywiście bardzo przekonujący w swej roli, wszak traktuje poważnie pracę za którą dostaje miliony dolarów. Ale do rzeczy.

Nasz bohater, ku ogólnemu zdziwieniu - wszak przez cały film był typem zawadiackiego wojownika, niczym Han Solo - bez przyczyny i bez ostrzeżenia, bez wyjaśnienia nawet, wycofuje się i zamierza cichaczem zostawić robotę którą kocha oddalając się na emeryturę. Co mu się nie udaje. To chyba miało oznaczać że "tacy jak on się nie zmieniają" - szkoda tylko, że seria wcześniejszych scen przeczy tej tezie. Tak więc jedyną pozytywną stroną filmu jest kilku paradujących po ekranie mięśniaków - przystojniaków i uczący ich twardziel - Kevin Costner.

Z żalem muszę powiedzieć, że to nie wystarcza! To za mało i czuję ogromny niedosyt. Niemiło jest spodziewać się więcej dostać mniej. Szkoda - wielka szkoda, tak wielka jak mógłby być ten film. Bo mógł on być czymś więcej.