środa, 26 marca 2008

Malowany Welon

Człowiek jest historią czekającą by ją opowiedzieć.

Opowiadają więc - Edward Norton i Naomi Watts (oklaski na stojąco za tę opowieść im sięnależą). A historia jest do bólu zwyczajna, historia jest o miłości a cała 'akcja' rozgrywa się na dnie ludzkiej duszy. A jest to historia dwojga brytyjczyków i ich małżeństwa, osadzona w egzotycznej scenerii Chin I poł. XX wieku. Ich historia opowiedziana jest skromnie i bez fajerwerków technicznych, nie ma tu wielkich bitew - raczej społeczne niepokoje, nie ma bohaterów walczących z epidemią cholery - są pragmatyczni naukowcy, ludzie zmęczeni, kierujący się w swoich decyzjach bardzo różnymi pobudkami.

Są tu ludzie - i to co w filmie najciekawsze, a co zawdzięczamy doskonałemu aktorstwu, to to co wydobywa się z najciemniejszch czasem, a czasem najjaśniejszych zakamarków duszy. Norton i Watts - to oni zbudowali ten obraz od zera, oni uczynili go dziełem sztuki. Stworzyli film niezwykły, film, który porusza i niepokoi, taki, który nie pozwala spokojnie zasnąć.

Malowany welon rozgrywa się w pięknej ale ubogiej, chwilami nawet ascetycznej scenerii. W powtarzających się miejscach, do których widz przyzwyczaja się jak do domu, w otoczeniu ciągle tych samych osób. Wchodzimy w świat głównych bo haterów spokojnie i w ciszy. Z nimi podróżujemy w milczeniu, do miejsca, które stanie sięich jedynym prawdziwym domem, do miejsca gdzie będzie im dane odnaleźć samych siebie i odnaleźć się nawzajem. Nic co się tutaj rozegra nie będzie widoczne gołym okiem, nie będzie oczywiste, nie będzie krzyczało. A jednak będzie wiarygodne, uzasadnione, będzie siępowoli rozwijało gdzieś pod powierzchnią , pozwoli im dorosnąć, pozwoli się zmienić.

Watts i Norton - nie mieli prostego zadania. Na nich oparty jest cały film, i to oni musieli unieść ciężar tego niezwykłego obrazu. Rozegrali teatr dwojga aktorów i zrobili to po mistrzowsku. Z nimi przeżywamy, na ich twarzach wypatrujemy uczuć. Ich bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, odnajdujemy w nich też trochęsamych siebie, są prawdziwi, decydują czasem dobrze, a czasem źle - jak mówi Kitty - "Jesteśmy bardziej skomplikowani. Popełniamy błędy i zawodzimy."

Ci bohaterowie czasem kochają i ufają bezgranicznie, a czasem są zimni i okrutni. Są w stanie oddać za siebie życie, ale i się nawzajem otruć. Czasem są blisko, a czasem nadspodziewanie daleko o d siebie. I cały czas się zmieniają, ewoluują, myślą. I choć ta ewolucja dokonuje się w ich duszach, my ją czujemy i nią oddychamy. Przechodzi nas dreszcz od samego spojrzenia - niewielu aktorów potrafi to sprawić.

Ale co w tym filmie jest najbardziej niezwykłe? Stawia niewygodne dla niektórych pytanie czym jest miłość i wierność, co to znaczy nie opuścić kogoś aż do śmierci. Uczy nas tego co być może najważniejsze w życiu. Lepiej kochać i stracić niż nie kochać wcale. A kochając można się bardzo wiele dowiedzieć o życiu, i o sobie.

Dla takich filmów i za takie filmy można kochać kino.

Iluzjonista

Dawno mnie zakończenie nie zaskoczyło, oj dawno ;P Tutaj zakończenie nadaje całości smaku, jak przyprawa dosypywana na koniec. Ale od początku. Iluzjonista to film dobry. Opowiada historię Eisenheima Iluzjonisty, od czasów gdy był dzieckiem z fantazją, do tych gdy stał się sławny i bogaty, oraz jego dziecięcej i nie tylko dziecięcej miłości do niejakiej Sofii, dziewczyny z wyższych sfer.

Film utrzymany w konwencji opowieści z narratorem, którego rolę przejmuje oficer cesarskiej policji. Narratorem, który może nie jest od początku wszystkowiedzący, ale z którym za to my odkrywamy tajemnice. I ponieważ nie jest on stroną konfliktu Eisenheima z księciem, nie zna racji ani jednej ani drugiej strony do końca, co sprawia, że widzi rzeczywistość jak zwykły człowiek. Albo tak, jak ma ją zobaczyć. Tak, jak ktoś chce by ją zobaczył. Kto? Ten, który sprawia, że ludzie myślą, że widzą coś innego, niż widzą naprawdę - Eiseheim Iluzjonista.

Ludzkie Dzieci

filmy o przyszłości sązwykle przerażające. Przeraża nas nie tyle reżyserska wizja, ile czające się gdzieś pod skórką świadomości poczucie, że to się może spełnić. Że to w tym okropnym kierunku zmierza ludzkość, nie tylko w kierunku zagłady, ale także w kierunku cierpienia. Film Alonso Cuarona nie straszy nas efektem cieplarnianym (jak, co by nie mówić Pojutrze), ani wielką epidemią (Jestem Legendą, wszystkie Resident Evil), która wszystkich zabje.

Jego bohaterowie to my. Tyle, że żyjący w straszliwej pustce i cierpieniu, bo oto nie rodzą się dzieci. Nie wiadomo dlaczego. I my, zwykli ludzie, którzy nie jesteśmy naukowcami, nic nie możemy zrobić. Robimy więc coś w czym jesteśmy świetni - podsycamy spory i konflikty, karmimy sięniemnawiścią do wszystkich, którzy są jakoś inni. Na przykład do imigrantów, odmiennych rasowo i kulturowo.


Ten mroczny film, niby daje nadzieję, niby kończy siętak jak powinien, niby istnieje ta tajemnicza organizacja, a dziecko zostaje ocalone. Ale czy to jest szczęśliwe zakończenie? Jeśli tak, to czemu po końcowych napisach nie opuszcza nas ten dreszcz niepokoju? Przerażenie pozostaje. Dziecko rozświetliło mrok na kilka krótkich chwil. Jak wtedy, gdy matka wychodzi z budynku z maleństwem na ręku - strzały cichną, twarze żołnierzy rozświetla uśmiech nadziei, a po kilku sekundach wraca rzreczywistość. A u Cuarona ta rzeczywistość, to najczarniejsze zakątki duszy, pełna jest strachu, uprzedzeń, nienawiści i jedno dziecko nie może jej zmienić. Odchodzi więc tam, gdzie można jeszcze normalnie żyć, pozostawiając nas w krainie mroku.

Mesjańskie skojarzenia, jakie się przy tym filmie nasuwają są chyba nieuniknione. A wnioski smutne ale prawdziwe - oto dziecko przynosi nam radość, oto dostajemy nasz cud, nasz skarb. Ale czy to nas zmienia? Na jak długo? Jaki los gotujemy sobie nawzajem, naszym braciom? Jaki los czeka nas wszystkich?

piątek, 8 lutego 2008

Gwiezdny Pył

Zwykle oglądając ekranizację po przeczytaniu książki widz jest raczej niezadowolony - a to któreś ulubione fragmenty nie zmieściły się w scenariuszu, a to któraś z ulubionych postaci została potraktowana po macoszemu, albo choć tylko wygląda nie tak jak sobie wyobrażał. Ale nie tutaj.
Gwiezdny Pył jest jedną z niewielu znanych mi historii, które zyskują na przeniesieniu na ekran - film tez zyskuje mianowicie specyficzny humor i niespotykanego - przynajmniej w baśniach - ducha.
Nie jest to bowiem bajka jak od Disneya - zbyt wiele tu prawdy o życiu, zbyt wiele krwistych, rysowanych mocną kreską postaci. Ta bajka ma o wiele więcej smaku. Jeśli więc lubimy sobie pomarzyć, a jednocześnie lubimy inteligentne filmy, takie w których twórcy mrugną do nas - jakby nie było dorosłych - widzów od czasu do czasu z ekranu porozumiewawczo, mówiąc: "my też wiemy, że to tylko bajka", to się nie zawiedziemy.
Cała historia dotyczy, jak informuje nas na wstępie narrator, dorastania niejakiego Tristana Thorna. Żeby "z chłopca stać się mężczyzną" nasz bohater będzie musiał oczywiście wyruszyć w daleką i pouczającą podróż - my z nim razem z nim razem zwiedzimy świat magii i dowiemy się co nieco o życiu. A także nieraz uśmiechniemy się do autora tej historii - Neila Gaimana, gdy ten puści do nas wspomniane już oko.
Jak na opowieść w 100 procentach bajkową jest to dość mądry film, na dodatek bardzo przyjemny w odbiorze i wabiący niestandardowym potraktowaniem tematu. Warto go zobaczyć choćby dla Roberta DeNiro i Michelle Pfeiffer, którzy - to aż widać - musieli mieć świetną zabawę przy kreowaniu swoich postaci. A także dla kilku bardzo zabawnych scenek i dialogów. Dla przykładu - książęta mają tutaj dosłownie błękitną krew, duchy mordujących się wzajemnie braci, zostają komentatorami bieżących wydarzeń, kapitan o wyjątkowo groźnej reputacji, okazuje się być wcale-nie-taki-groźny, a wszyscy bohaterowie gnają w szaleńczym wyścigu do spadającej gwiazdy. Gwiazdy, która przybiera tutaj ponętną postać Claire Danes.
Z całą pewnością nie jest to baśń, w której wszystko jest tak jak się tego spodziewałeś.

środa, 28 listopada 2007

Patrol

To mógł być świetny film. Niestandardowa budowa, łamiąca zasady filmów katastroficznych mogła być jego atutem. Charyzmatyczny główny bohater - oczywiście świetny Kevin Costner - jego największą siłą. No ale cóż nie zawsze musi się udać ;(

Zraziłam się swoją drogą dopiero, gdy film po raz kolejny zaczął się kończyć (trzeci czy czwarty raz) i zakończenie to rozwaliło całą psychologiczną otoczkę wokół głównego bohatera. Nic, że była to psychologia przedszkolna. Zostawiono nam jedynie iście amerykańskie poświęcenie dla ratowania życia kolegi po fachu, z równie amerykańskim bohaterstwem bez powodu i bez sensu. Z niestrawną dawką patosu i pocieszeniem w charakterze jakiejś nieprawdopodobnej legendy (!) o której mówi się tutaj tonem równie poważnym, co o hipotermii.

W miejscu gdzie można było wpisać w scenariusz zwycięstwo człowieka nad jego demonami z przeszłości, wygraną jego woli i wewnętrzne wyzwolenie, prawdziwą przemianę, widzimy jedynie miotającego się bez sensu na prawo i lewo Costera, który jest oczywiście bardzo przekonujący w swej roli, wszak traktuje poważnie pracę za którą dostaje miliony dolarów. Ale do rzeczy.

Nasz bohater, ku ogólnemu zdziwieniu - wszak przez cały film był typem zawadiackiego wojownika, niczym Han Solo - bez przyczyny i bez ostrzeżenia, bez wyjaśnienia nawet, wycofuje się i zamierza cichaczem zostawić robotę którą kocha oddalając się na emeryturę. Co mu się nie udaje. To chyba miało oznaczać że "tacy jak on się nie zmieniają" - szkoda tylko, że seria wcześniejszych scen przeczy tej tezie. Tak więc jedyną pozytywną stroną filmu jest kilku paradujących po ekranie mięśniaków - przystojniaków i uczący ich twardziel - Kevin Costner.

Z żalem muszę powiedzieć, że to nie wystarcza! To za mało i czuję ogromny niedosyt. Niemiło jest spodziewać się więcej dostać mniej. Szkoda - wielka szkoda, tak wielka jak mógłby być ten film. Bo mógł on być czymś więcej.

środa, 17 października 2007

V jak Vendetta

Nietrudno się domyślić, że to film o... miłości !? Wolności ? Wewnętrznym wyzowleniu ? Totalitaryzmie i jego wpływie na psychikę? O ucisku i o powstaniu. O społeczeństwie. O idei.

Przede wszystkim jednak to jest film o człowieku.

Świetnie zmontowany przez braci Wachowskich z milionów nawiązań kulturowych, których połowy pewnie nie zrozumiałam. Nie będzie jednak tak popularny jak Matrix. Jest zbyt smutny, pozostawia u widza niepokój czy nawet lęk, bo sytuacje w nim przedstawione nie są niewiarygodne, są całkiem realne i w krwawej historii XX wieku mieliśmy nie jeden przykład na to, że coś takiego jest możliwe. Że złe sny mogą się spełnić, a tyrani dojść do nieograniczonej władzy. Że terror i strach przed nim mogą kiedyś zapanować nad światem.

Tak więc jest to film o idei naprawy świata, oczywiście i o człowieku za nią schowanym, jej autorze i propagatorze. Nie jest to idea którą byśmy od razu zrozumieli, ani też taka, którą chcielibyśmy poprzeć. Nie rozumiemy tak długo jak nie zobaczymy do czego zdolna była i jest tamta władza. Wtedy razem z V mamy ochotę zniszczyć parlament, obrócić to wszystko w gruzy. Dowiadujemy się bowiem skąd wziął się V i okazuje się, że owa władza sama poniekąd stworzyła swojego największego wroga. I odebrała sobie swój największy atut - bowiem on nie czuje już lęku, nie boi się śmierci, nie ma też niczego co mógłby utracić a przez to oni stacili swoją siłę nacisku.

Ale ten film jest też o Evey - dziewczynie, która stara się nie wychylać, nie robić nic złego, której towarzyszy też ciągły lęk. Film o człowieku zakutym w kajdany i o jego wyzwoleniu. Evey będzie musiała przejść tę samą drogę co V, być zniewoloną i upokorzoną, by przekonać się, że jest coś czego nikt nie zdoła jej odebrać.

A także o tym jak Evey zmieniła V, a V zmienił Evey. On chciał przede wszystkim prywatnej zemsty, ale też otworzyć ludziom oczy. Ona chciała żyć w spokoju i przestać się bać. Ona zobaczyła, czym naprawdę jest wolność, a on nie chce już własnej zemsty - chce zemsty za nas wszystkich, chce wolności dla wszystkich i oddaje stery swojego planu w ręce tych, którzy po nim zostaną. Otwiera nam wszystkim oczy i wyzwala od strachu. On daje nam wolność, choć przedtem nie wiedzieliśmy nawet, że jej potrzebujemy.

On był każdym z nas - mówi pod koniec Evey. On jest każdym z nas - esencją człowieczeństwa, samą niemal ideą. A jednak więcej niż samą tylko ideą. bo gdy idea zostanie zapomniana, dgy ludzkość zapomni o prześladującej ją ongiś tyranii, pozostanie ktoś kto wciąż będzie o nim pamiętał. Ktoś kto wciąż będzie go kochał. Ktoś, komu on dał największy możliwy dar - wolność.

piątek, 5 października 2007

Miasto Gniewu - 11.09.2007

Mówiać krótko nie sądziłam, że to będzie TAKI film. Spodziewałam sięsensacyjnej strzelanki z błyszczącą Sandrą Bullock na pierwszym planie, czyli całkiem fajnego, hollywoodzkiego filmiku. Dostałam znacznie więcej.

Myślę, że słowo hollywood powoli zaczyna zmieniać znaczenie - w końcu ile można zrobić takich samych filmów. Fabryka snów ostatnio dorosła, nie boi się już sięgać choć trochę głębiej, do tematów, które są dla Amerykanów szczególnie ważne.

Gdybym miała zdefiniować ten film, powiedziałabym że to Babel, lecz toczący się w jednym miejscu. Nie musimy wyjść nawet poza obręb jednego amerykańskiego miasta, żeby spotkań ludzi ze wszystkich kontynentów, żeby zobaczyć jak mieszają się kultury, wybuchają konflikty i umierją stereotypy.

Mimo, iż film ten stara się nieść optymistyczne przesłanie, mimo iż widzimy udzi, którzy starają się łamać bariery, mimo iż w wielu przypadkach udaje się zapobiec tragedii, to wcale nie zmienia faktu, że uprzedzenia rasowe i narodowościowe istnieją i dalej będą istnieć. Tutaj możemy zobaczyć skąd się wzięły i zastanowić się dokąd nas zaprowadzą.

A jeśli chodzi o konkrety to jest to film bardzo ciekawie zrobiony, wielowątkowy, w którym wszyscy bohaterowie, choć bardzo różni, okażą się w ten czy inny sposób powiązani.