poniedziałek, 21 maja 2007

Przyczajony tygrys, ukryty smok


Przechodząc od razu do sedna - specyficzny to film, myślałam na początku, że nie dla każdego. Że niektórym wyda się nudny. Że charakterystyczna konwencja odstrasza przeciętnego widza. Nic bardziej mylnego!

Przeciętny widz pokocha ten film. Dlaczego? Po pierwsze ze względu na fabułę. Mamy tutaj intrygę poniekąt kryminalną, bo związaną z kradzieżą pewnego miecza, mamy zakazana miłość dwojga młodych ludzi, mamy dziewczynę uciekającą ze świata arystokracji do świata wojowników, mamy wreszcie rozterki i przemyślenia mistrza, który pod koniec filmu powie nam co jest w życiu ważne. Słowem - fabuła składa się z klocków od lat uwielbianych przez zachodnią publiczność: zakazana miłość z tragicznym zakończeniem, zakazana miłosć ze szczęśliwym zakończeniem i łamaniem konwenansów, kobieta wkraczająca przebojem do świata mężczyzn.

Po drugie fabuła ta nie toczy się ani w znanym przez widzów miejscu (jak np. Nowy Jork) tylko w całkowicie nowej scenerii. Dlatego też film wydaje się nowy, świeży. widzimy w filmie (niby) obcą kulturę, ale mimo fantazyjnych strojów, zachwycających plenerów, zachowania bohaterów nie odbiegają od Europejskich czy Amerykańskich standardów.

Po trzecie i ostatnie widz ma poczucie, że ogląda film ambitny. Przecież to kino wschodu, które wywarło tak wielki wpływ na amerykańską kinematografię. Wreszcie możemy zobaczyć skąd wziął się latający Neo, wreszcie oglądamy bez znudzenia dzieło wybitne! Jednak i to nie jest do końca prawda. Nie zapominajmy, że ten film miał odniesć sukces, trafić do szerokiej publiczności, dla niej został nakręcony. A filmy wybitne, zwykle nudzą milionową publiczność, nie mają szerokiej reklamy, ani wielkiego budżetu, bo wielkie wytwórnie nie lubią wcale twórców, którzy mają światu coś do powiedzenia.

I żeby nie było, że najpierw piszę że świetny a potem krytykuję - ja widziałam Przyczajonego tygrysa trzy razy i mi się nie znudził, przeciwnie nadal mi się podoba. I nie ma to nic wspólnego z jego wmiarę obiektywnym powyższym opisem. Kto powiedział, że tylko ambitne filmy są warte obejrzenia?

sobota, 12 maja 2007

Spiderman 3

I tak oto nadeszła chwila na którą wszyscy czekaliśmy. No dobra nie wszyscy. Tylko najbardziej wytrwali fani człowieka-pająka. I ja. Ale do rzeczy. Czy Spiderman zawiódł? NIE

W filmie znalazło się wszystko na co czekaliśmy - pojedynki, pościgi, romanse, moralne wątpliwości, dawka patosu zbliżona do śmiertelnej i szczęśliwe zakończenie zapowiadane tym razem jako definitywne.

I tak jak każdy poprzedni i ten odcinek miał sceny których nie zapomnimy. Zapewne należy do nich tak w której 'czarna masa' wdrapuje się na kostium Parkera, a przynajmniej wydaje się, że tego chciałby dystrybutor.

Ja jednak czysto subiektywnie wybieram inną scenę - a jest nią ... ta w której do walczącego o życie Mary Jane Petera przyłącza się henry w kostiumie Zielonego Goblina. Nic bardziej wzruszającego niż przyjaciele, odkładający na bok dawne waśnie, by stoczyć walkę na śmierć i życie. Może jestem bardzo sentymentalna ale postać Henriego przebija w tym momencie nawet Petera z jego moralnymi rozterkami.

W tym miejscy powinno być jakies podsumowanie, że film jest generalnie super i świetne efekty i może nawet coś o scenariuszu i aktorach.... ale nie będzie. Po co, przecież tytuł filmu jest sam dla siebie rekomendacją, i tak wszyscy wiedzą o co się tu rozchodzi. Więc miłej zabawy z amerykańską flagą w tle ;)




sobota, 5 maja 2007

Hakerzy

Co tu dużo mówić, kultowy film. Przed chwilą obejrzałam po raz kolejny, co muszę uczciwie odnotować. I mimo, że czas leci, to upływ lat widać tu raczej po aktorach niż po komputerach, których używają bohaterowie.

Specyficzna atmosfera zamkniętego środowiska hakerów, ze specyficzną muzyką, specyficznymi wyzwaniami i - jakżeby inaczej - honorem i lojalnością wobec przyjaciół.

Główny wątek (ale nie jedyny) opisuje kryminalną intrygę, dotyczącą wirusa, mającego zatopić tankowce. O jego wypuszczenie oskarżeni (oczywiście niesłusznie) są nasi bohaterowie. To oni właśnie są główną siłą tego filmu. Ich wyraziste postaci, dziwaczne zwyczaje, osobliwe czasem zachowanie czynią go oryginalnym i niezapomnianym. Chociaż są brudni, brzydcy i totalnie ześwirowani, widz chce być jednym z nich.

Minusów nie będę szukać, bo jeszcze bym nie znalazła i co wtedy ;) A do plusów brzydsza połowa ludzkości może zaliczyć jeszcze odważną i ponętną kreację Angeliny Jolie. Dopiszcie do list lektur obowiązkowych ;)

środa, 2 maja 2007

Holiday

Czyli film, który zafascynował mnie od pierwszego obejrzenia. Jest po prostu słodki. I nie tylko dlatego, że to komedia romantyczna ze szczęśliwym zakończeniem. Wbrew pozorom mało w niej 'szczęścia'. Jest za to sporo cierpienia i prawdziwego życia.

Podobno to pierwsza komedia romantyczna tocząca się dwutorowo, opowiadająca dwie równoległe historie. Bohaterki mające sercowe problemy zamieniają się domami na święta. Pomysł na scenariusz jest więc całkiem niestandardowy i dość dobrze wykorzystany. No i te dialogi!

Ale po kolei. Najpierw prawdy obiektywne - dobrze dobrani aktorzy, którzy wiedzą co robią. Dobry scenariusz, tego jeszcze nie widzieliśmy. Całość urzekająca. A teraz wreszcie mogę przejść do tego co sprawiło, że Holiday od razu znalazł się na mojej liście przebojów.

Jedna z głównych bohaterek - Amanda - jest producentką zwiastunów kinowych. Jej myśli przedstawiane są więc krótkimi scenkami o szybkim montażu, komentowanymi znanym wszystkim kinomaniakom głosem 'tego pana od zapowiedzi'. Tak, właśnie TEGO pana.

Z kolei Miles jest kompozytorem muzyki filmowej. Pośród innych wynikających z tego faktu miłych scen, mamy jedną, którą możnaby oglądać bez końca. Mianowicie w wypożyczalni wideo, zaczyna 'wykonywać' muzykę z kolejnych filmów, na dodatek komentując jej jakość. Smaku dodaje obecność Dustina Hoffmana i jego celna uwaga.

Mamy tu też jakby film w filmie. A raczej hołd złożony historii filmografii w filmie. A to za sprawą scenarzysty-emeryta, na którego zawalonym papierami biurku stoi spokojnie figurka Oscara.

A teraz z zupełnie innej beczki. Jak już mówiłam aktorzy są świetni. Cała 'główna' czwórka zasłużyła na owację na stojąco. Żeby było sprawiedliwie. A emocjonalnie, niesprawiedliwie i zupełnie bez uzasadnienia zwróciłam szczególną uwagę na Jude'a Law. Ma u mnie pierwsze miejsce za swój magnetyzujący akcent i za ciepłą, uroczą rolę. Nic więcej nie powiem, a kto film widział ten wie o czym myślę, gdy mówię, że jego postać jest po prostu urocza.

W tym miejscu, powinno być tak zwane podsumowanie, czyli kopiuj, wklej i trochę zmień wstęp. Ale nie będę się powtarzać. Rzucę tylko dobrą radą, wyświechtaną przez wszystkie reklamówki. Musisz obejrzeć ten film!

wtorek, 1 maja 2007

Underworld

Ciekawe czy zorientowaliście się skąd pochodzi 'moje' zdjęcie ? ;P Tak to właśnie ten film. Po prostu lubię wampiry. A Underworld ma wszystko co potrzebne w dobrej historii o wampirach i wilkołakach.

Po pierwsz wojna, która nawet nie wiadomo skąd się wzięła. A jak wojna to pościgi, strzelaniny, słowem akcja w pełni. Po drugie piękna główna bohaterka. A jak bohaterka to wielka miłość od pierwszego wejrzenia i na przekór obowiązującym regułom. Po trzecie ciemność. Ciemność czyli aura tajemnicy, kłamstwa, niepokoju, zdrady (?). Wszystko to sprawnie wymieszane w skomplikowanej opowieści za którą miejscami aż trudno nadążyć.

Czy jest to film ambitny? Nie. Ale tutaj pozwolę sobie na głośny i ostry protest, przeciwko poglądowi jakoby każdy film miał być dziełem sztuki niosącym ukrytą treść i głębokie przesłanie. Zdecydowanie gorszy efekt uzyskuje się, gdy twórca, który ma niewiele do powiedzenia, wciska na siłę przesłanie w swój film. Ja osobiście uważam, że dobrze, że Len Wiseman tego nie zrobił. Ciekawe swoją drogą co to by mogło być? Uwaga - krwiopijcy? ;P

Podsumowując - dobra rozrywka dla lubiących wampirze klimaty, dla całej reszty - czyli chyba większości ludzkości - film raczej ciężko strawny. Tak mi się wydaje bo mnie się podobał. Albo lubię ciemność, albo znowu dałam się reżyserowi naciągnąć na tą wielką miłość. No cóż... Blondynka w kinie ma swoje prawa ;)