piątek, 8 lutego 2008

Gwiezdny Pył

Zwykle oglądając ekranizację po przeczytaniu książki widz jest raczej niezadowolony - a to któreś ulubione fragmenty nie zmieściły się w scenariuszu, a to któraś z ulubionych postaci została potraktowana po macoszemu, albo choć tylko wygląda nie tak jak sobie wyobrażał. Ale nie tutaj.
Gwiezdny Pył jest jedną z niewielu znanych mi historii, które zyskują na przeniesieniu na ekran - film tez zyskuje mianowicie specyficzny humor i niespotykanego - przynajmniej w baśniach - ducha.
Nie jest to bowiem bajka jak od Disneya - zbyt wiele tu prawdy o życiu, zbyt wiele krwistych, rysowanych mocną kreską postaci. Ta bajka ma o wiele więcej smaku. Jeśli więc lubimy sobie pomarzyć, a jednocześnie lubimy inteligentne filmy, takie w których twórcy mrugną do nas - jakby nie było dorosłych - widzów od czasu do czasu z ekranu porozumiewawczo, mówiąc: "my też wiemy, że to tylko bajka", to się nie zawiedziemy.
Cała historia dotyczy, jak informuje nas na wstępie narrator, dorastania niejakiego Tristana Thorna. Żeby "z chłopca stać się mężczyzną" nasz bohater będzie musiał oczywiście wyruszyć w daleką i pouczającą podróż - my z nim razem z nim razem zwiedzimy świat magii i dowiemy się co nieco o życiu. A także nieraz uśmiechniemy się do autora tej historii - Neila Gaimana, gdy ten puści do nas wspomniane już oko.
Jak na opowieść w 100 procentach bajkową jest to dość mądry film, na dodatek bardzo przyjemny w odbiorze i wabiący niestandardowym potraktowaniem tematu. Warto go zobaczyć choćby dla Roberta DeNiro i Michelle Pfeiffer, którzy - to aż widać - musieli mieć świetną zabawę przy kreowaniu swoich postaci. A także dla kilku bardzo zabawnych scenek i dialogów. Dla przykładu - książęta mają tutaj dosłownie błękitną krew, duchy mordujących się wzajemnie braci, zostają komentatorami bieżących wydarzeń, kapitan o wyjątkowo groźnej reputacji, okazuje się być wcale-nie-taki-groźny, a wszyscy bohaterowie gnają w szaleńczym wyścigu do spadającej gwiazdy. Gwiazdy, która przybiera tutaj ponętną postać Claire Danes.
Z całą pewnością nie jest to baśń, w której wszystko jest tak jak się tego spodziewałeś.

środa, 28 listopada 2007

Patrol

To mógł być świetny film. Niestandardowa budowa, łamiąca zasady filmów katastroficznych mogła być jego atutem. Charyzmatyczny główny bohater - oczywiście świetny Kevin Costner - jego największą siłą. No ale cóż nie zawsze musi się udać ;(

Zraziłam się swoją drogą dopiero, gdy film po raz kolejny zaczął się kończyć (trzeci czy czwarty raz) i zakończenie to rozwaliło całą psychologiczną otoczkę wokół głównego bohatera. Nic, że była to psychologia przedszkolna. Zostawiono nam jedynie iście amerykańskie poświęcenie dla ratowania życia kolegi po fachu, z równie amerykańskim bohaterstwem bez powodu i bez sensu. Z niestrawną dawką patosu i pocieszeniem w charakterze jakiejś nieprawdopodobnej legendy (!) o której mówi się tutaj tonem równie poważnym, co o hipotermii.

W miejscu gdzie można było wpisać w scenariusz zwycięstwo człowieka nad jego demonami z przeszłości, wygraną jego woli i wewnętrzne wyzwolenie, prawdziwą przemianę, widzimy jedynie miotającego się bez sensu na prawo i lewo Costera, który jest oczywiście bardzo przekonujący w swej roli, wszak traktuje poważnie pracę za którą dostaje miliony dolarów. Ale do rzeczy.

Nasz bohater, ku ogólnemu zdziwieniu - wszak przez cały film był typem zawadiackiego wojownika, niczym Han Solo - bez przyczyny i bez ostrzeżenia, bez wyjaśnienia nawet, wycofuje się i zamierza cichaczem zostawić robotę którą kocha oddalając się na emeryturę. Co mu się nie udaje. To chyba miało oznaczać że "tacy jak on się nie zmieniają" - szkoda tylko, że seria wcześniejszych scen przeczy tej tezie. Tak więc jedyną pozytywną stroną filmu jest kilku paradujących po ekranie mięśniaków - przystojniaków i uczący ich twardziel - Kevin Costner.

Z żalem muszę powiedzieć, że to nie wystarcza! To za mało i czuję ogromny niedosyt. Niemiło jest spodziewać się więcej dostać mniej. Szkoda - wielka szkoda, tak wielka jak mógłby być ten film. Bo mógł on być czymś więcej.

środa, 17 października 2007

V jak Vendetta

Nietrudno się domyślić, że to film o... miłości !? Wolności ? Wewnętrznym wyzowleniu ? Totalitaryzmie i jego wpływie na psychikę? O ucisku i o powstaniu. O społeczeństwie. O idei.

Przede wszystkim jednak to jest film o człowieku.

Świetnie zmontowany przez braci Wachowskich z milionów nawiązań kulturowych, których połowy pewnie nie zrozumiałam. Nie będzie jednak tak popularny jak Matrix. Jest zbyt smutny, pozostawia u widza niepokój czy nawet lęk, bo sytuacje w nim przedstawione nie są niewiarygodne, są całkiem realne i w krwawej historii XX wieku mieliśmy nie jeden przykład na to, że coś takiego jest możliwe. Że złe sny mogą się spełnić, a tyrani dojść do nieograniczonej władzy. Że terror i strach przed nim mogą kiedyś zapanować nad światem.

Tak więc jest to film o idei naprawy świata, oczywiście i o człowieku za nią schowanym, jej autorze i propagatorze. Nie jest to idea którą byśmy od razu zrozumieli, ani też taka, którą chcielibyśmy poprzeć. Nie rozumiemy tak długo jak nie zobaczymy do czego zdolna była i jest tamta władza. Wtedy razem z V mamy ochotę zniszczyć parlament, obrócić to wszystko w gruzy. Dowiadujemy się bowiem skąd wziął się V i okazuje się, że owa władza sama poniekąd stworzyła swojego największego wroga. I odebrała sobie swój największy atut - bowiem on nie czuje już lęku, nie boi się śmierci, nie ma też niczego co mógłby utracić a przez to oni stacili swoją siłę nacisku.

Ale ten film jest też o Evey - dziewczynie, która stara się nie wychylać, nie robić nic złego, której towarzyszy też ciągły lęk. Film o człowieku zakutym w kajdany i o jego wyzwoleniu. Evey będzie musiała przejść tę samą drogę co V, być zniewoloną i upokorzoną, by przekonać się, że jest coś czego nikt nie zdoła jej odebrać.

A także o tym jak Evey zmieniła V, a V zmienił Evey. On chciał przede wszystkim prywatnej zemsty, ale też otworzyć ludziom oczy. Ona chciała żyć w spokoju i przestać się bać. Ona zobaczyła, czym naprawdę jest wolność, a on nie chce już własnej zemsty - chce zemsty za nas wszystkich, chce wolności dla wszystkich i oddaje stery swojego planu w ręce tych, którzy po nim zostaną. Otwiera nam wszystkim oczy i wyzwala od strachu. On daje nam wolność, choć przedtem nie wiedzieliśmy nawet, że jej potrzebujemy.

On był każdym z nas - mówi pod koniec Evey. On jest każdym z nas - esencją człowieczeństwa, samą niemal ideą. A jednak więcej niż samą tylko ideą. bo gdy idea zostanie zapomniana, dgy ludzkość zapomni o prześladującej ją ongiś tyranii, pozostanie ktoś kto wciąż będzie o nim pamiętał. Ktoś kto wciąż będzie go kochał. Ktoś, komu on dał największy możliwy dar - wolność.

piątek, 5 października 2007

Miasto Gniewu - 11.09.2007

Mówiać krótko nie sądziłam, że to będzie TAKI film. Spodziewałam sięsensacyjnej strzelanki z błyszczącą Sandrą Bullock na pierwszym planie, czyli całkiem fajnego, hollywoodzkiego filmiku. Dostałam znacznie więcej.

Myślę, że słowo hollywood powoli zaczyna zmieniać znaczenie - w końcu ile można zrobić takich samych filmów. Fabryka snów ostatnio dorosła, nie boi się już sięgać choć trochę głębiej, do tematów, które są dla Amerykanów szczególnie ważne.

Gdybym miała zdefiniować ten film, powiedziałabym że to Babel, lecz toczący się w jednym miejscu. Nie musimy wyjść nawet poza obręb jednego amerykańskiego miasta, żeby spotkań ludzi ze wszystkich kontynentów, żeby zobaczyć jak mieszają się kultury, wybuchają konflikty i umierją stereotypy.

Mimo, iż film ten stara się nieść optymistyczne przesłanie, mimo iż widzimy udzi, którzy starają się łamać bariery, mimo iż w wielu przypadkach udaje się zapobiec tragedii, to wcale nie zmienia faktu, że uprzedzenia rasowe i narodowościowe istnieją i dalej będą istnieć. Tutaj możemy zobaczyć skąd się wzięły i zastanowić się dokąd nas zaprowadzą.

A jeśli chodzi o konkrety to jest to film bardzo ciekawie zrobiony, wielowątkowy, w którym wszyscy bohaterowie, choć bardzo różni, okażą się w ten czy inny sposób powiązani.

czwartek, 4 października 2007

Gosford Park - 24.08.2007

Gosford Park jest filmem, którego opis możnaby pomylić ze streszczeniem powieści Agaty Christie. Ale tylko opis, bo ten film nie birze sobie za cel zainteresowania nas rozwiązywaniem zagadki pod tytułem 'kto zabił'. Można się nawet poczuć nieco zawiedzionym, czekając na to aż zgodnie z owym opisem, ktoś wreszcie zginie. Ten film został bowiem stworzony w zupełnie innym celu- Robert Altman jak na niego przystało, zachęca nas do zanużenia się w atmosferze angielskiego dworku, w którym służba kłębi się pod schodami, panie plotkują przy herbacie, a panowie jadą na polowanie z psami. Znajdujemy się więc w rezydencji 'Gosford Park' do którego brytyjski lord sprosił przyjaciół i znajomych na tradycyjne polowanie. W domu wypełnionym zarówno liczną rodziną, jak i obcymi ludźmi, tajemniczo powiązanymi szlachcicami i służbą, lord w końcu ginie zamordowany.

Jednakże czy myśleliście, że Altman zajął się powielaniem schematu pod tytułem 'rozwiązywanie kryminalnej zagadki'? Jeśli liczycie na pojawienie się błyskotliwego detektywa w stylu Herkulesa Poirota czy Scherlocka Holmesa, który wykorzystując swą nadprzyrodzoną inteligencję doprowadzi do rozwiązania zagadki i osadzenia mordercy w więziennej celi?

Kto oczekuje po tym filmie czegoś więcej ten się nie zawiedzie. Reżyser nie nakręcił filmu, on stworzył dzieło wyrafinowane, podjął się zabawy z widzem, zabawy schematami, zabawy nietyle w kino, co kinem. Kinem odzianym w angielską mgłę. I dał nam do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę z tej gry - mianowicie jednm z gości w Gosford Park jest reżyser z Hollywood, kręcący - a jakże - film o morderstwie pana domu w jego rezydencjina angielskiej prowincji!

Co specyficzne dla Altmana, doskonale czuje się on kreując atmosferę panującą zarówno wśród służby jak i arystokracji, którą cały film jest nasiąknięty od pierwszej do ostatniej sceny. Fabuły jest tu mało - nie zajmuje tu ona najważniejszej pozycji. Wszystkie informacje uzyskujemy mimochodem, wśród licznych rozmów, dlatego łatwo się zgubić w plątaninie wzajemnych zależności, romansów i rodzinnych niesnasek. jednakże wychodząca na pierwszy plan historia lokaja i pokojówki, choć może stara jak świat, jest autentycznie wzruszająca, nie ma w niej hollywoodzkiej sztuczności czy cukierkowatości.

A smaku całości dodaje zakończenie - tylko owa pokojówka domyśli się bowiem prawdy, składając strzępy plotek w całość, dzięki niej dowiemy się w końcu 'kto zabił'.

środa, 3 października 2007

Biała hrabina 23.08.2007


Film, którym trzeba się delektować jak starym winem. No i trzeba umieć to robić, bo wiem, że jeszcze nie tak dawno, zmieniłabym kanał po 2 minutach spędzonych nad tym filmem. Co mnie powstrzymało? Na pewno wzruszająca historia jaka ma tu mniejsce, ale przede wszystkim Ralph Finnes.

Biała hrabina jest świątynią dźwięku i obrazu pochodzącego z Szanghaju lat 30' XX wieku. Pozwala widzom pooddychać dawno zapomnianą atmosferą. Historia też toczy siępowoli i bez fajerwerków, jakby należała do czasów przeszłych, tak odległych od współczesnego kina. Niewidomy dyplomata z tragiczną przeszłością, posiadający nietypowe hobby, które dziś nazwalibyśmy clubbingiem, ma też jedno pragnienie, doprowadzone do perfekcji w wyobraźni. Mówi o tym 'klub moich marzeń'. Bodźcem do spełnienia tych marzeń staje się ku jego zaskoczeniu rosyjska upadła hrabina, by wyżywić rodzinę pracująca jako dama do towarzystwa.

Głównie dla niej Finnes otworzy lokal, w którym ona będzie błyszczeć jak gwiazda - by nie mysiała już wykonywać 'najstarszego zawodu świata'. Między współpracownikami, w atmosferze piękna, przepychu, bogactwa i politycznych napięć zrodzi się miłość, do której jednak żadne z nich nie będzie chciało się przyznać.

O wyjątkowości tego filmu stanowi właśnie owa atmosfera - atmosfera dusznego, głośnego klubu, z zapachem tytoniowego dymu, z dźwiękiem rozmów w wielu różnych językach, z artystycznymi występami rodem ze wschodu i przedsiębiorcami w garniturach sączącymi powoli whiskey, z robotnikami, którzy w ojczyźnie byli szlachcicami i damami do towarzystwa nauczonymi wyższości ich arystokratycznego pochodzenia. Film ten, choć pełen jest tragicznych historii, nie rozgrywa się w krzyku, jak przyzwyczaiło nas hollywood, lecz przy cichym szmerze muzyki. Wszystkie zdarzenia przyjmowane są tu ze spokojem - są nieodłączną częścią życia, w którym czasem udaje się spełnić marzenia, ale dużo częściej trzeba o nie walczyć, i płacić za nie bardzoe wysoką cenę.

Harry Potter i Zakon Feniksa 22.08.2007

Piąta już część opowieści o małym czarodzieju, który w międzyczasie przestał być taki znowu mały. Jeśli chodzi o fabułę to - jak zwykle - trzyma się ona pierwowzoru tak wiernie jak to tylko możliwe. Książkowa seria ma zbyt wielu fanów by film mógł sobie pozwolić na bardziej znaczące zmiany niż wycinanie dłużyzn.

Nie mogę się nie zgodzić z tezą, że jest to najlepsza z dotychczasowych ekranizacji Pottera. Aktorzy dorośli i dojrzała także ich gra. Poza tym podobał mi siędobór wydarzeń, którym dane było zmieścić się w dwugodzinnym filmie. Muzyka - John Williams - to nazwisko mówi samo za siebie.

No i oczywiście efekty specjalne - robią wrażenie. Pomysłowe rozpływanie się w powietrzu śmierciożerców (czy też rozpadanie na molekuły) i finałowe sceny rozegrane bez niepotrzebnej przesady mnie urzekły. Tak samo jak dialogi Lucjusza Malfoya z Bellatrix, oraz ich ubiory ;)

No i wreszcie przechodzimy pytania - dlaczego obejrzenie tego filmu nie jest stratą czasu ? Odpowiedż będzie krótka - Alan Rickman. Od pierwszej cżęści ciągle coraz bardziej zachwycający. Mogłabym po prostu bez końca oglądać jego scen. Jego Severus Snape jest dopracowany do perfekcji. Idealne jest w nim wszystko - od tego jak jest ubrany (oczywiście w czerń) , przez to jak się porusza, jak mówi cedząc powoli słowa, aż po to jak patrzy. Bardzo żadko zdarza się by urzekła mnie do tego stopnia drugoplanowa rola, bym dla tych kilku krótkich scen nie mogła doczekać się kolejnego filmu o Harrym Potterze. Choć jak powiadają niektórzy - ta saga jest zupełnie o kimś innym, tylko, że Rowling bardzo dobrze to zakamuflowała ;)