Piąta już część opowieści o małym czarodzieju, który w międzyczasie przestał być taki znowu mały. Jeśli chodzi o fabułę to - jak zwykle - trzyma się ona pierwowzoru tak wiernie jak to tylko możliwe. Książkowa seria ma zbyt wielu fanów by film mógł sobie pozwolić na bardziej znaczące zmiany niż wycinanie dłużyzn.Nie mogę się nie zgodzić z tezą, że jest to najlepsza z dotychczasowych ekranizacji Pottera. Aktorzy dorośli i dojrzała także ich gra. Poza tym podobał mi siędobór wydarzeń, którym dane było zmieścić się w dwugodzinnym filmie. Muzyka - John Williams - to nazwisko mówi samo za siebie.
No i oczywiście efekty specjalne - robią wrażenie. Pomysłowe rozpływanie się w powietrzu śmierciożerców (czy też rozpadanie na molekuły) i finałowe sceny rozegrane bez niepotrzebnej przesady mnie urzekły. Tak samo jak dialogi Lucjusza Malfoya z Bellatrix, oraz ich ubiory ;)
No i wreszcie przechodzimy pytania - dlaczego obejrzenie tego filmu nie jest stratą czasu ? Odpowiedż będzie krótka - Alan Rickman. Od pierwszej cżęści ciągle coraz bardziej zachwycający. Mogłabym po prostu bez końca oglądać jego scen. Jego Severus Snape jest dopracowany do perfekcji. Idealne jest w nim wszystko - od tego jak jest ubrany (oczywiście w czerń) , przez to jak się porusza, jak mówi cedząc powoli słowa, aż po to jak patrzy. Bardzo żadko zdarza się by urzekła mnie do tego stopnia drugoplanowa rola, bym dla tych kilku krótkich scen nie mogła doczekać się kolejnego filmu o Harrym Potterze. Choć jak powiadają niektórzy - ta saga jest zupełnie o kimś innym, tylko, że Rowling bardzo dobrze to zakamuflowała ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz