środa, 17 października 2007

V jak Vendetta

Nietrudno się domyślić, że to film o... miłości !? Wolności ? Wewnętrznym wyzowleniu ? Totalitaryzmie i jego wpływie na psychikę? O ucisku i o powstaniu. O społeczeństwie. O idei.

Przede wszystkim jednak to jest film o człowieku.

Świetnie zmontowany przez braci Wachowskich z milionów nawiązań kulturowych, których połowy pewnie nie zrozumiałam. Nie będzie jednak tak popularny jak Matrix. Jest zbyt smutny, pozostawia u widza niepokój czy nawet lęk, bo sytuacje w nim przedstawione nie są niewiarygodne, są całkiem realne i w krwawej historii XX wieku mieliśmy nie jeden przykład na to, że coś takiego jest możliwe. Że złe sny mogą się spełnić, a tyrani dojść do nieograniczonej władzy. Że terror i strach przed nim mogą kiedyś zapanować nad światem.

Tak więc jest to film o idei naprawy świata, oczywiście i o człowieku za nią schowanym, jej autorze i propagatorze. Nie jest to idea którą byśmy od razu zrozumieli, ani też taka, którą chcielibyśmy poprzeć. Nie rozumiemy tak długo jak nie zobaczymy do czego zdolna była i jest tamta władza. Wtedy razem z V mamy ochotę zniszczyć parlament, obrócić to wszystko w gruzy. Dowiadujemy się bowiem skąd wziął się V i okazuje się, że owa władza sama poniekąd stworzyła swojego największego wroga. I odebrała sobie swój największy atut - bowiem on nie czuje już lęku, nie boi się śmierci, nie ma też niczego co mógłby utracić a przez to oni stacili swoją siłę nacisku.

Ale ten film jest też o Evey - dziewczynie, która stara się nie wychylać, nie robić nic złego, której towarzyszy też ciągły lęk. Film o człowieku zakutym w kajdany i o jego wyzwoleniu. Evey będzie musiała przejść tę samą drogę co V, być zniewoloną i upokorzoną, by przekonać się, że jest coś czego nikt nie zdoła jej odebrać.

A także o tym jak Evey zmieniła V, a V zmienił Evey. On chciał przede wszystkim prywatnej zemsty, ale też otworzyć ludziom oczy. Ona chciała żyć w spokoju i przestać się bać. Ona zobaczyła, czym naprawdę jest wolność, a on nie chce już własnej zemsty - chce zemsty za nas wszystkich, chce wolności dla wszystkich i oddaje stery swojego planu w ręce tych, którzy po nim zostaną. Otwiera nam wszystkim oczy i wyzwala od strachu. On daje nam wolność, choć przedtem nie wiedzieliśmy nawet, że jej potrzebujemy.

On był każdym z nas - mówi pod koniec Evey. On jest każdym z nas - esencją człowieczeństwa, samą niemal ideą. A jednak więcej niż samą tylko ideą. bo gdy idea zostanie zapomniana, dgy ludzkość zapomni o prześladującej ją ongiś tyranii, pozostanie ktoś kto wciąż będzie o nim pamiętał. Ktoś kto wciąż będzie go kochał. Ktoś, komu on dał największy możliwy dar - wolność.

piątek, 5 października 2007

Miasto Gniewu - 11.09.2007

Mówiać krótko nie sądziłam, że to będzie TAKI film. Spodziewałam sięsensacyjnej strzelanki z błyszczącą Sandrą Bullock na pierwszym planie, czyli całkiem fajnego, hollywoodzkiego filmiku. Dostałam znacznie więcej.

Myślę, że słowo hollywood powoli zaczyna zmieniać znaczenie - w końcu ile można zrobić takich samych filmów. Fabryka snów ostatnio dorosła, nie boi się już sięgać choć trochę głębiej, do tematów, które są dla Amerykanów szczególnie ważne.

Gdybym miała zdefiniować ten film, powiedziałabym że to Babel, lecz toczący się w jednym miejscu. Nie musimy wyjść nawet poza obręb jednego amerykańskiego miasta, żeby spotkań ludzi ze wszystkich kontynentów, żeby zobaczyć jak mieszają się kultury, wybuchają konflikty i umierją stereotypy.

Mimo, iż film ten stara się nieść optymistyczne przesłanie, mimo iż widzimy udzi, którzy starają się łamać bariery, mimo iż w wielu przypadkach udaje się zapobiec tragedii, to wcale nie zmienia faktu, że uprzedzenia rasowe i narodowościowe istnieją i dalej będą istnieć. Tutaj możemy zobaczyć skąd się wzięły i zastanowić się dokąd nas zaprowadzą.

A jeśli chodzi o konkrety to jest to film bardzo ciekawie zrobiony, wielowątkowy, w którym wszyscy bohaterowie, choć bardzo różni, okażą się w ten czy inny sposób powiązani.

czwartek, 4 października 2007

Gosford Park - 24.08.2007

Gosford Park jest filmem, którego opis możnaby pomylić ze streszczeniem powieści Agaty Christie. Ale tylko opis, bo ten film nie birze sobie za cel zainteresowania nas rozwiązywaniem zagadki pod tytułem 'kto zabił'. Można się nawet poczuć nieco zawiedzionym, czekając na to aż zgodnie z owym opisem, ktoś wreszcie zginie. Ten film został bowiem stworzony w zupełnie innym celu- Robert Altman jak na niego przystało, zachęca nas do zanużenia się w atmosferze angielskiego dworku, w którym służba kłębi się pod schodami, panie plotkują przy herbacie, a panowie jadą na polowanie z psami. Znajdujemy się więc w rezydencji 'Gosford Park' do którego brytyjski lord sprosił przyjaciół i znajomych na tradycyjne polowanie. W domu wypełnionym zarówno liczną rodziną, jak i obcymi ludźmi, tajemniczo powiązanymi szlachcicami i służbą, lord w końcu ginie zamordowany.

Jednakże czy myśleliście, że Altman zajął się powielaniem schematu pod tytułem 'rozwiązywanie kryminalnej zagadki'? Jeśli liczycie na pojawienie się błyskotliwego detektywa w stylu Herkulesa Poirota czy Scherlocka Holmesa, który wykorzystując swą nadprzyrodzoną inteligencję doprowadzi do rozwiązania zagadki i osadzenia mordercy w więziennej celi?

Kto oczekuje po tym filmie czegoś więcej ten się nie zawiedzie. Reżyser nie nakręcił filmu, on stworzył dzieło wyrafinowane, podjął się zabawy z widzem, zabawy schematami, zabawy nietyle w kino, co kinem. Kinem odzianym w angielską mgłę. I dał nam do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę z tej gry - mianowicie jednm z gości w Gosford Park jest reżyser z Hollywood, kręcący - a jakże - film o morderstwie pana domu w jego rezydencjina angielskiej prowincji!

Co specyficzne dla Altmana, doskonale czuje się on kreując atmosferę panującą zarówno wśród służby jak i arystokracji, którą cały film jest nasiąknięty od pierwszej do ostatniej sceny. Fabuły jest tu mało - nie zajmuje tu ona najważniejszej pozycji. Wszystkie informacje uzyskujemy mimochodem, wśród licznych rozmów, dlatego łatwo się zgubić w plątaninie wzajemnych zależności, romansów i rodzinnych niesnasek. jednakże wychodząca na pierwszy plan historia lokaja i pokojówki, choć może stara jak świat, jest autentycznie wzruszająca, nie ma w niej hollywoodzkiej sztuczności czy cukierkowatości.

A smaku całości dodaje zakończenie - tylko owa pokojówka domyśli się bowiem prawdy, składając strzępy plotek w całość, dzięki niej dowiemy się w końcu 'kto zabił'.

środa, 3 października 2007

Biała hrabina 23.08.2007


Film, którym trzeba się delektować jak starym winem. No i trzeba umieć to robić, bo wiem, że jeszcze nie tak dawno, zmieniłabym kanał po 2 minutach spędzonych nad tym filmem. Co mnie powstrzymało? Na pewno wzruszająca historia jaka ma tu mniejsce, ale przede wszystkim Ralph Finnes.

Biała hrabina jest świątynią dźwięku i obrazu pochodzącego z Szanghaju lat 30' XX wieku. Pozwala widzom pooddychać dawno zapomnianą atmosferą. Historia też toczy siępowoli i bez fajerwerków, jakby należała do czasów przeszłych, tak odległych od współczesnego kina. Niewidomy dyplomata z tragiczną przeszłością, posiadający nietypowe hobby, które dziś nazwalibyśmy clubbingiem, ma też jedno pragnienie, doprowadzone do perfekcji w wyobraźni. Mówi o tym 'klub moich marzeń'. Bodźcem do spełnienia tych marzeń staje się ku jego zaskoczeniu rosyjska upadła hrabina, by wyżywić rodzinę pracująca jako dama do towarzystwa.

Głównie dla niej Finnes otworzy lokal, w którym ona będzie błyszczeć jak gwiazda - by nie mysiała już wykonywać 'najstarszego zawodu świata'. Między współpracownikami, w atmosferze piękna, przepychu, bogactwa i politycznych napięć zrodzi się miłość, do której jednak żadne z nich nie będzie chciało się przyznać.

O wyjątkowości tego filmu stanowi właśnie owa atmosfera - atmosfera dusznego, głośnego klubu, z zapachem tytoniowego dymu, z dźwiękiem rozmów w wielu różnych językach, z artystycznymi występami rodem ze wschodu i przedsiębiorcami w garniturach sączącymi powoli whiskey, z robotnikami, którzy w ojczyźnie byli szlachcicami i damami do towarzystwa nauczonymi wyższości ich arystokratycznego pochodzenia. Film ten, choć pełen jest tragicznych historii, nie rozgrywa się w krzyku, jak przyzwyczaiło nas hollywood, lecz przy cichym szmerze muzyki. Wszystkie zdarzenia przyjmowane są tu ze spokojem - są nieodłączną częścią życia, w którym czasem udaje się spełnić marzenia, ale dużo częściej trzeba o nie walczyć, i płacić za nie bardzoe wysoką cenę.

Harry Potter i Zakon Feniksa 22.08.2007

Piąta już część opowieści o małym czarodzieju, który w międzyczasie przestał być taki znowu mały. Jeśli chodzi o fabułę to - jak zwykle - trzyma się ona pierwowzoru tak wiernie jak to tylko możliwe. Książkowa seria ma zbyt wielu fanów by film mógł sobie pozwolić na bardziej znaczące zmiany niż wycinanie dłużyzn.

Nie mogę się nie zgodzić z tezą, że jest to najlepsza z dotychczasowych ekranizacji Pottera. Aktorzy dorośli i dojrzała także ich gra. Poza tym podobał mi siędobór wydarzeń, którym dane było zmieścić się w dwugodzinnym filmie. Muzyka - John Williams - to nazwisko mówi samo za siebie.

No i oczywiście efekty specjalne - robią wrażenie. Pomysłowe rozpływanie się w powietrzu śmierciożerców (czy też rozpadanie na molekuły) i finałowe sceny rozegrane bez niepotrzebnej przesady mnie urzekły. Tak samo jak dialogi Lucjusza Malfoya z Bellatrix, oraz ich ubiory ;)

No i wreszcie przechodzimy pytania - dlaczego obejrzenie tego filmu nie jest stratą czasu ? Odpowiedż będzie krótka - Alan Rickman. Od pierwszej cżęści ciągle coraz bardziej zachwycający. Mogłabym po prostu bez końca oglądać jego scen. Jego Severus Snape jest dopracowany do perfekcji. Idealne jest w nim wszystko - od tego jak jest ubrany (oczywiście w czerń) , przez to jak się porusza, jak mówi cedząc powoli słowa, aż po to jak patrzy. Bardzo żadko zdarza się by urzekła mnie do tego stopnia drugoplanowa rola, bym dla tych kilku krótkich scen nie mogła doczekać się kolejnego filmu o Harrym Potterze. Choć jak powiadają niektórzy - ta saga jest zupełnie o kimś innym, tylko, że Rowling bardzo dobrze to zakamuflowała ;)

wtorek, 2 października 2007

Zawód: szpieg - 21.08.2007

Niewątpliwą siłą tej hollywoodzkiej produkcji i swoistą ciekawostką, oprócz oczywiście gwiazd jaśniejących w głównych rolach - Roberta Retdord i Brada Pitta, wypadających świetnie w relacji niby ojcowsko-synowskiej, jest nietypowa narracja.

Mianowicie - film ten rozgrywa się w dwóch płaszczyznach - w czasie który jest naszym tu i teraz nie dzieje się prawie nic. Jesteśmy z Retdordem w siedzibie CIA i na zimno rozważamy sytuację młodego agenta, który został pojmany w Chnach, na domiar złego działając na własną rękę.

Szefowie 'młodego gniewnego', który próbował wydostać z więzienia kobietę, którą CIA spisało już na straty, zamierzają tak samo potraktować i jego. Najpierw jednak przetrząsają całą jego pracowniczą teczkę wraz z jego agentem-opiekunem - Retdordem.

Tutaj właśnie pojawia się druga płaszczyzna, poznajemy bowiem historię znajomości tych dwóch szpiegów od momentu ich pierwszego spotkania w czasie wojny wietnamskiej, aż po konflikt który zaprowadził Pitta do Chin. Zgorzkniały, odchodzący właśnie na emeryturę Redford, przyzwyczajony do metod agencji, już nie pamięta jak to jest buntować się przeciw niesprawiedliwości, on decyduje o życiu i śmierci zza uporządkowanego biurka. Jest mistrzem gry na zasadach firmy.

Obaj nasi bohaterowie różnią się nastawieniem do zawodu, Pitt ma własne zdanie, nie znosi reguł według których ma grać, Redford wręcz przeciwnie - czuje się wśród nich jak ryba w wodzie. Jednak lata spędzone z podopiecznym zmieniły go na tyle, że nie będzie w stanie pozostawić przyjaciela na pewną śmierć. Jego doświadczenie sprawi, że wykorzystując 'szpiegowskie' metody wyciągnie go z więzienia bez wychodzenia z biura. Czyżby zobaczył w nim siebie sprzed lat?

Szklana pułapka 4.0 - 17.07.2007

To nie będzie obiektywny opis. Coś takiego jest po prostu nie możliwe w przypadku któregokolwiek filmu z tej serii. Bo choć w każdym odnajdujemy znamiona kiczu tandety i taniej sensacji, to jednak tkwi w postaci kreowanej przez Bruce'a Willisa coś takiego, że wszystko to co nam zwykle przeszkadza w odbiorze filmu, traci nagle wszelkie znaczenie.

Tak samo jest i tym razem. Mimo, że to już czwatra część, twórcy starają się bardzo, by wciąż tchnęła świeżością. Dlatego też nasz dzielny detektyw zmienił nieco metody walki. Czasy się zmieniły i unowocześnił się też Bruce Willis, który wraz z pomocnikiem w wieku własnej córki, zmienił broń z Glocka na komputer.

No właśnie, bo detektyw przypomniał sobie o rodzinie, a właściwie o swojej córce. Wśród akrobatycznych popisów, rozbijających się w płomieniach myśliwców i hakerskich sztuczek uda mu się odzyskać jej zaufanie, a nawet pchnąć w jej ramiona tego właściwego chłopaka.

Detektyw McCaine jak zwykle zapewni nam dwie godziny rozrywki 'na skraju fotela' gdzie wszystko wybucha, rozbija się i miażdży, a sam zainteresowany po najcięższym nawet upadku wstaje, otrzepuje się i idzie dalej. Ratować swoją córkę, majątek narodowy, niewinnych amerykanów i cały świat. Jak można go za to nie kochać?

Acha, i wbrew pozorom - tytuł 'szklana pułapka' pasuje tutaj chyba bardziej niż nawet do pierwszej części filmu.