środa, 28 listopada 2007

Patrol

To mógł być świetny film. Niestandardowa budowa, łamiąca zasady filmów katastroficznych mogła być jego atutem. Charyzmatyczny główny bohater - oczywiście świetny Kevin Costner - jego największą siłą. No ale cóż nie zawsze musi się udać ;(

Zraziłam się swoją drogą dopiero, gdy film po raz kolejny zaczął się kończyć (trzeci czy czwarty raz) i zakończenie to rozwaliło całą psychologiczną otoczkę wokół głównego bohatera. Nic, że była to psychologia przedszkolna. Zostawiono nam jedynie iście amerykańskie poświęcenie dla ratowania życia kolegi po fachu, z równie amerykańskim bohaterstwem bez powodu i bez sensu. Z niestrawną dawką patosu i pocieszeniem w charakterze jakiejś nieprawdopodobnej legendy (!) o której mówi się tutaj tonem równie poważnym, co o hipotermii.

W miejscu gdzie można było wpisać w scenariusz zwycięstwo człowieka nad jego demonami z przeszłości, wygraną jego woli i wewnętrzne wyzwolenie, prawdziwą przemianę, widzimy jedynie miotającego się bez sensu na prawo i lewo Costera, który jest oczywiście bardzo przekonujący w swej roli, wszak traktuje poważnie pracę za którą dostaje miliony dolarów. Ale do rzeczy.

Nasz bohater, ku ogólnemu zdziwieniu - wszak przez cały film był typem zawadiackiego wojownika, niczym Han Solo - bez przyczyny i bez ostrzeżenia, bez wyjaśnienia nawet, wycofuje się i zamierza cichaczem zostawić robotę którą kocha oddalając się na emeryturę. Co mu się nie udaje. To chyba miało oznaczać że "tacy jak on się nie zmieniają" - szkoda tylko, że seria wcześniejszych scen przeczy tej tezie. Tak więc jedyną pozytywną stroną filmu jest kilku paradujących po ekranie mięśniaków - przystojniaków i uczący ich twardziel - Kevin Costner.

Z żalem muszę powiedzieć, że to nie wystarcza! To za mało i czuję ogromny niedosyt. Niemiło jest spodziewać się więcej dostać mniej. Szkoda - wielka szkoda, tak wielka jak mógłby być ten film. Bo mógł on być czymś więcej.

środa, 17 października 2007

V jak Vendetta

Nietrudno się domyślić, że to film o... miłości !? Wolności ? Wewnętrznym wyzowleniu ? Totalitaryzmie i jego wpływie na psychikę? O ucisku i o powstaniu. O społeczeństwie. O idei.

Przede wszystkim jednak to jest film o człowieku.

Świetnie zmontowany przez braci Wachowskich z milionów nawiązań kulturowych, których połowy pewnie nie zrozumiałam. Nie będzie jednak tak popularny jak Matrix. Jest zbyt smutny, pozostawia u widza niepokój czy nawet lęk, bo sytuacje w nim przedstawione nie są niewiarygodne, są całkiem realne i w krwawej historii XX wieku mieliśmy nie jeden przykład na to, że coś takiego jest możliwe. Że złe sny mogą się spełnić, a tyrani dojść do nieograniczonej władzy. Że terror i strach przed nim mogą kiedyś zapanować nad światem.

Tak więc jest to film o idei naprawy świata, oczywiście i o człowieku za nią schowanym, jej autorze i propagatorze. Nie jest to idea którą byśmy od razu zrozumieli, ani też taka, którą chcielibyśmy poprzeć. Nie rozumiemy tak długo jak nie zobaczymy do czego zdolna była i jest tamta władza. Wtedy razem z V mamy ochotę zniszczyć parlament, obrócić to wszystko w gruzy. Dowiadujemy się bowiem skąd wziął się V i okazuje się, że owa władza sama poniekąd stworzyła swojego największego wroga. I odebrała sobie swój największy atut - bowiem on nie czuje już lęku, nie boi się śmierci, nie ma też niczego co mógłby utracić a przez to oni stacili swoją siłę nacisku.

Ale ten film jest też o Evey - dziewczynie, która stara się nie wychylać, nie robić nic złego, której towarzyszy też ciągły lęk. Film o człowieku zakutym w kajdany i o jego wyzwoleniu. Evey będzie musiała przejść tę samą drogę co V, być zniewoloną i upokorzoną, by przekonać się, że jest coś czego nikt nie zdoła jej odebrać.

A także o tym jak Evey zmieniła V, a V zmienił Evey. On chciał przede wszystkim prywatnej zemsty, ale też otworzyć ludziom oczy. Ona chciała żyć w spokoju i przestać się bać. Ona zobaczyła, czym naprawdę jest wolność, a on nie chce już własnej zemsty - chce zemsty za nas wszystkich, chce wolności dla wszystkich i oddaje stery swojego planu w ręce tych, którzy po nim zostaną. Otwiera nam wszystkim oczy i wyzwala od strachu. On daje nam wolność, choć przedtem nie wiedzieliśmy nawet, że jej potrzebujemy.

On był każdym z nas - mówi pod koniec Evey. On jest każdym z nas - esencją człowieczeństwa, samą niemal ideą. A jednak więcej niż samą tylko ideą. bo gdy idea zostanie zapomniana, dgy ludzkość zapomni o prześladującej ją ongiś tyranii, pozostanie ktoś kto wciąż będzie o nim pamiętał. Ktoś kto wciąż będzie go kochał. Ktoś, komu on dał największy możliwy dar - wolność.

piątek, 5 października 2007

Miasto Gniewu - 11.09.2007

Mówiać krótko nie sądziłam, że to będzie TAKI film. Spodziewałam sięsensacyjnej strzelanki z błyszczącą Sandrą Bullock na pierwszym planie, czyli całkiem fajnego, hollywoodzkiego filmiku. Dostałam znacznie więcej.

Myślę, że słowo hollywood powoli zaczyna zmieniać znaczenie - w końcu ile można zrobić takich samych filmów. Fabryka snów ostatnio dorosła, nie boi się już sięgać choć trochę głębiej, do tematów, które są dla Amerykanów szczególnie ważne.

Gdybym miała zdefiniować ten film, powiedziałabym że to Babel, lecz toczący się w jednym miejscu. Nie musimy wyjść nawet poza obręb jednego amerykańskiego miasta, żeby spotkań ludzi ze wszystkich kontynentów, żeby zobaczyć jak mieszają się kultury, wybuchają konflikty i umierją stereotypy.

Mimo, iż film ten stara się nieść optymistyczne przesłanie, mimo iż widzimy udzi, którzy starają się łamać bariery, mimo iż w wielu przypadkach udaje się zapobiec tragedii, to wcale nie zmienia faktu, że uprzedzenia rasowe i narodowościowe istnieją i dalej będą istnieć. Tutaj możemy zobaczyć skąd się wzięły i zastanowić się dokąd nas zaprowadzą.

A jeśli chodzi o konkrety to jest to film bardzo ciekawie zrobiony, wielowątkowy, w którym wszyscy bohaterowie, choć bardzo różni, okażą się w ten czy inny sposób powiązani.

czwartek, 4 października 2007

Gosford Park - 24.08.2007

Gosford Park jest filmem, którego opis możnaby pomylić ze streszczeniem powieści Agaty Christie. Ale tylko opis, bo ten film nie birze sobie za cel zainteresowania nas rozwiązywaniem zagadki pod tytułem 'kto zabił'. Można się nawet poczuć nieco zawiedzionym, czekając na to aż zgodnie z owym opisem, ktoś wreszcie zginie. Ten film został bowiem stworzony w zupełnie innym celu- Robert Altman jak na niego przystało, zachęca nas do zanużenia się w atmosferze angielskiego dworku, w którym służba kłębi się pod schodami, panie plotkują przy herbacie, a panowie jadą na polowanie z psami. Znajdujemy się więc w rezydencji 'Gosford Park' do którego brytyjski lord sprosił przyjaciół i znajomych na tradycyjne polowanie. W domu wypełnionym zarówno liczną rodziną, jak i obcymi ludźmi, tajemniczo powiązanymi szlachcicami i służbą, lord w końcu ginie zamordowany.

Jednakże czy myśleliście, że Altman zajął się powielaniem schematu pod tytułem 'rozwiązywanie kryminalnej zagadki'? Jeśli liczycie na pojawienie się błyskotliwego detektywa w stylu Herkulesa Poirota czy Scherlocka Holmesa, który wykorzystując swą nadprzyrodzoną inteligencję doprowadzi do rozwiązania zagadki i osadzenia mordercy w więziennej celi?

Kto oczekuje po tym filmie czegoś więcej ten się nie zawiedzie. Reżyser nie nakręcił filmu, on stworzył dzieło wyrafinowane, podjął się zabawy z widzem, zabawy schematami, zabawy nietyle w kino, co kinem. Kinem odzianym w angielską mgłę. I dał nam do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę z tej gry - mianowicie jednm z gości w Gosford Park jest reżyser z Hollywood, kręcący - a jakże - film o morderstwie pana domu w jego rezydencjina angielskiej prowincji!

Co specyficzne dla Altmana, doskonale czuje się on kreując atmosferę panującą zarówno wśród służby jak i arystokracji, którą cały film jest nasiąknięty od pierwszej do ostatniej sceny. Fabuły jest tu mało - nie zajmuje tu ona najważniejszej pozycji. Wszystkie informacje uzyskujemy mimochodem, wśród licznych rozmów, dlatego łatwo się zgubić w plątaninie wzajemnych zależności, romansów i rodzinnych niesnasek. jednakże wychodząca na pierwszy plan historia lokaja i pokojówki, choć może stara jak świat, jest autentycznie wzruszająca, nie ma w niej hollywoodzkiej sztuczności czy cukierkowatości.

A smaku całości dodaje zakończenie - tylko owa pokojówka domyśli się bowiem prawdy, składając strzępy plotek w całość, dzięki niej dowiemy się w końcu 'kto zabił'.

środa, 3 października 2007

Biała hrabina 23.08.2007


Film, którym trzeba się delektować jak starym winem. No i trzeba umieć to robić, bo wiem, że jeszcze nie tak dawno, zmieniłabym kanał po 2 minutach spędzonych nad tym filmem. Co mnie powstrzymało? Na pewno wzruszająca historia jaka ma tu mniejsce, ale przede wszystkim Ralph Finnes.

Biała hrabina jest świątynią dźwięku i obrazu pochodzącego z Szanghaju lat 30' XX wieku. Pozwala widzom pooddychać dawno zapomnianą atmosferą. Historia też toczy siępowoli i bez fajerwerków, jakby należała do czasów przeszłych, tak odległych od współczesnego kina. Niewidomy dyplomata z tragiczną przeszłością, posiadający nietypowe hobby, które dziś nazwalibyśmy clubbingiem, ma też jedno pragnienie, doprowadzone do perfekcji w wyobraźni. Mówi o tym 'klub moich marzeń'. Bodźcem do spełnienia tych marzeń staje się ku jego zaskoczeniu rosyjska upadła hrabina, by wyżywić rodzinę pracująca jako dama do towarzystwa.

Głównie dla niej Finnes otworzy lokal, w którym ona będzie błyszczeć jak gwiazda - by nie mysiała już wykonywać 'najstarszego zawodu świata'. Między współpracownikami, w atmosferze piękna, przepychu, bogactwa i politycznych napięć zrodzi się miłość, do której jednak żadne z nich nie będzie chciało się przyznać.

O wyjątkowości tego filmu stanowi właśnie owa atmosfera - atmosfera dusznego, głośnego klubu, z zapachem tytoniowego dymu, z dźwiękiem rozmów w wielu różnych językach, z artystycznymi występami rodem ze wschodu i przedsiębiorcami w garniturach sączącymi powoli whiskey, z robotnikami, którzy w ojczyźnie byli szlachcicami i damami do towarzystwa nauczonymi wyższości ich arystokratycznego pochodzenia. Film ten, choć pełen jest tragicznych historii, nie rozgrywa się w krzyku, jak przyzwyczaiło nas hollywood, lecz przy cichym szmerze muzyki. Wszystkie zdarzenia przyjmowane są tu ze spokojem - są nieodłączną częścią życia, w którym czasem udaje się spełnić marzenia, ale dużo częściej trzeba o nie walczyć, i płacić za nie bardzoe wysoką cenę.

Harry Potter i Zakon Feniksa 22.08.2007

Piąta już część opowieści o małym czarodzieju, który w międzyczasie przestał być taki znowu mały. Jeśli chodzi o fabułę to - jak zwykle - trzyma się ona pierwowzoru tak wiernie jak to tylko możliwe. Książkowa seria ma zbyt wielu fanów by film mógł sobie pozwolić na bardziej znaczące zmiany niż wycinanie dłużyzn.

Nie mogę się nie zgodzić z tezą, że jest to najlepsza z dotychczasowych ekranizacji Pottera. Aktorzy dorośli i dojrzała także ich gra. Poza tym podobał mi siędobór wydarzeń, którym dane było zmieścić się w dwugodzinnym filmie. Muzyka - John Williams - to nazwisko mówi samo za siebie.

No i oczywiście efekty specjalne - robią wrażenie. Pomysłowe rozpływanie się w powietrzu śmierciożerców (czy też rozpadanie na molekuły) i finałowe sceny rozegrane bez niepotrzebnej przesady mnie urzekły. Tak samo jak dialogi Lucjusza Malfoya z Bellatrix, oraz ich ubiory ;)

No i wreszcie przechodzimy pytania - dlaczego obejrzenie tego filmu nie jest stratą czasu ? Odpowiedż będzie krótka - Alan Rickman. Od pierwszej cżęści ciągle coraz bardziej zachwycający. Mogłabym po prostu bez końca oglądać jego scen. Jego Severus Snape jest dopracowany do perfekcji. Idealne jest w nim wszystko - od tego jak jest ubrany (oczywiście w czerń) , przez to jak się porusza, jak mówi cedząc powoli słowa, aż po to jak patrzy. Bardzo żadko zdarza się by urzekła mnie do tego stopnia drugoplanowa rola, bym dla tych kilku krótkich scen nie mogła doczekać się kolejnego filmu o Harrym Potterze. Choć jak powiadają niektórzy - ta saga jest zupełnie o kimś innym, tylko, że Rowling bardzo dobrze to zakamuflowała ;)

wtorek, 2 października 2007

Zawód: szpieg - 21.08.2007

Niewątpliwą siłą tej hollywoodzkiej produkcji i swoistą ciekawostką, oprócz oczywiście gwiazd jaśniejących w głównych rolach - Roberta Retdord i Brada Pitta, wypadających świetnie w relacji niby ojcowsko-synowskiej, jest nietypowa narracja.

Mianowicie - film ten rozgrywa się w dwóch płaszczyznach - w czasie który jest naszym tu i teraz nie dzieje się prawie nic. Jesteśmy z Retdordem w siedzibie CIA i na zimno rozważamy sytuację młodego agenta, który został pojmany w Chnach, na domiar złego działając na własną rękę.

Szefowie 'młodego gniewnego', który próbował wydostać z więzienia kobietę, którą CIA spisało już na straty, zamierzają tak samo potraktować i jego. Najpierw jednak przetrząsają całą jego pracowniczą teczkę wraz z jego agentem-opiekunem - Retdordem.

Tutaj właśnie pojawia się druga płaszczyzna, poznajemy bowiem historię znajomości tych dwóch szpiegów od momentu ich pierwszego spotkania w czasie wojny wietnamskiej, aż po konflikt który zaprowadził Pitta do Chin. Zgorzkniały, odchodzący właśnie na emeryturę Redford, przyzwyczajony do metod agencji, już nie pamięta jak to jest buntować się przeciw niesprawiedliwości, on decyduje o życiu i śmierci zza uporządkowanego biurka. Jest mistrzem gry na zasadach firmy.

Obaj nasi bohaterowie różnią się nastawieniem do zawodu, Pitt ma własne zdanie, nie znosi reguł według których ma grać, Redford wręcz przeciwnie - czuje się wśród nich jak ryba w wodzie. Jednak lata spędzone z podopiecznym zmieniły go na tyle, że nie będzie w stanie pozostawić przyjaciela na pewną śmierć. Jego doświadczenie sprawi, że wykorzystując 'szpiegowskie' metody wyciągnie go z więzienia bez wychodzenia z biura. Czyżby zobaczył w nim siebie sprzed lat?

Szklana pułapka 4.0 - 17.07.2007

To nie będzie obiektywny opis. Coś takiego jest po prostu nie możliwe w przypadku któregokolwiek filmu z tej serii. Bo choć w każdym odnajdujemy znamiona kiczu tandety i taniej sensacji, to jednak tkwi w postaci kreowanej przez Bruce'a Willisa coś takiego, że wszystko to co nam zwykle przeszkadza w odbiorze filmu, traci nagle wszelkie znaczenie.

Tak samo jest i tym razem. Mimo, że to już czwatra część, twórcy starają się bardzo, by wciąż tchnęła świeżością. Dlatego też nasz dzielny detektyw zmienił nieco metody walki. Czasy się zmieniły i unowocześnił się też Bruce Willis, który wraz z pomocnikiem w wieku własnej córki, zmienił broń z Glocka na komputer.

No właśnie, bo detektyw przypomniał sobie o rodzinie, a właściwie o swojej córce. Wśród akrobatycznych popisów, rozbijających się w płomieniach myśliwców i hakerskich sztuczek uda mu się odzyskać jej zaufanie, a nawet pchnąć w jej ramiona tego właściwego chłopaka.

Detektyw McCaine jak zwykle zapewni nam dwie godziny rozrywki 'na skraju fotela' gdzie wszystko wybucha, rozbija się i miażdży, a sam zainteresowany po najcięższym nawet upadku wstaje, otrzepuje się i idzie dalej. Ratować swoją córkę, majątek narodowy, niewinnych amerykanów i cały świat. Jak można go za to nie kochać?

Acha, i wbrew pozorom - tytuł 'szklana pułapka' pasuje tutaj chyba bardziej niż nawet do pierwszej części filmu.

poniedziałek, 25 czerwca 2007

Happy Feet

Dawno się tak nie wzruszyłam na kreskówce !

Czy zastanawialiście się kiedyś jak trudno jest być 'innym' podczas gdy wszyscy wokół są tacy sami? Jak ciężko jest wyglądać inaczej, zachowywać się inaczej ? Jak ciężkie musi być życie gdy towarzyszą Ci na każdym kroku jedynie karcące spojrzenia, gdy nie masz co liczyć na zrozumienie społeczeństwa? Doskonale przekonał się o tym Mumble "Happy Feet" - pingwin, który nie umiał śpiewać jak wszystkie pingwiny, miał natomiast inny dar. Mianowicie nogi aż same mu tańczyły, bo gdy on był szczęśliwy, to jego nogi też były szczęśliwe.

Happy feet to wzruszająca, ciepła opowieść o wyobcowaniu we własnej społeczności, o szukaniu swego miejsca w życiu, o przyjaźni i miłości. To trochę smutnej prawdy o ludziach (bo społeczność pingwinia dziwnie podobna jest do naszej ;)To także swietna zabawa z zabawnymi dialogami, świetnym dubbingiem i muzyką - wszakże pingwiny śpiewają ! Jednym słowem - super!

środa, 20 czerwca 2007

Piraci z Karaibów - Na krańcu świata


There is more Jack Sparrow!

Nadeszła ta wielkopomna chwila, gdy mogliśmy wszyscy zobaczyć (najprawdopodobniej) ostatnią część przygód kapitana Sparrowa i jego przyjaciół. Troszkę się pozmieniało od naszego pierwszego z nimi spotkania ;)

Z młodej damy wyrosła królowa piratów, z kowala kapitan niecodziennego okrętu i tylko Jack wrócił z zaświatów aby zająć się swoim ulubionym zajęciem - żeglugą w poszukiwaniu... butelki rumu ;) Ale do rzeczy. W kilku słowach - zabawna fabuła, aczkolwiek z nutką goryczy w zakończeniu, jak zwykle ogromny rozmach (widać że nie oszczędzali na produkcji) i wspaniała muzyka. Słuszna porcja rozrywki w najlepszym stylu gwarantowana.

A na dokładkę także kilka nowych, ciekawych rozwiązań, mistrzowskich dialogów - także Jacka ze sobą ;) No i scena po napisach, która nadaje zakończeniu zupełnie inny wydźwięk. Gdybym jej n ie obejrzała to ta recenzja mogłaby być mniej pochlebna ;)

poniedziałek, 21 maja 2007

Przyczajony tygrys, ukryty smok


Przechodząc od razu do sedna - specyficzny to film, myślałam na początku, że nie dla każdego. Że niektórym wyda się nudny. Że charakterystyczna konwencja odstrasza przeciętnego widza. Nic bardziej mylnego!

Przeciętny widz pokocha ten film. Dlaczego? Po pierwsze ze względu na fabułę. Mamy tutaj intrygę poniekąt kryminalną, bo związaną z kradzieżą pewnego miecza, mamy zakazana miłość dwojga młodych ludzi, mamy dziewczynę uciekającą ze świata arystokracji do świata wojowników, mamy wreszcie rozterki i przemyślenia mistrza, który pod koniec filmu powie nam co jest w życiu ważne. Słowem - fabuła składa się z klocków od lat uwielbianych przez zachodnią publiczność: zakazana miłość z tragicznym zakończeniem, zakazana miłosć ze szczęśliwym zakończeniem i łamaniem konwenansów, kobieta wkraczająca przebojem do świata mężczyzn.

Po drugie fabuła ta nie toczy się ani w znanym przez widzów miejscu (jak np. Nowy Jork) tylko w całkowicie nowej scenerii. Dlatego też film wydaje się nowy, świeży. widzimy w filmie (niby) obcą kulturę, ale mimo fantazyjnych strojów, zachwycających plenerów, zachowania bohaterów nie odbiegają od Europejskich czy Amerykańskich standardów.

Po trzecie i ostatnie widz ma poczucie, że ogląda film ambitny. Przecież to kino wschodu, które wywarło tak wielki wpływ na amerykańską kinematografię. Wreszcie możemy zobaczyć skąd wziął się latający Neo, wreszcie oglądamy bez znudzenia dzieło wybitne! Jednak i to nie jest do końca prawda. Nie zapominajmy, że ten film miał odniesć sukces, trafić do szerokiej publiczności, dla niej został nakręcony. A filmy wybitne, zwykle nudzą milionową publiczność, nie mają szerokiej reklamy, ani wielkiego budżetu, bo wielkie wytwórnie nie lubią wcale twórców, którzy mają światu coś do powiedzenia.

I żeby nie było, że najpierw piszę że świetny a potem krytykuję - ja widziałam Przyczajonego tygrysa trzy razy i mi się nie znudził, przeciwnie nadal mi się podoba. I nie ma to nic wspólnego z jego wmiarę obiektywnym powyższym opisem. Kto powiedział, że tylko ambitne filmy są warte obejrzenia?

sobota, 12 maja 2007

Spiderman 3

I tak oto nadeszła chwila na którą wszyscy czekaliśmy. No dobra nie wszyscy. Tylko najbardziej wytrwali fani człowieka-pająka. I ja. Ale do rzeczy. Czy Spiderman zawiódł? NIE

W filmie znalazło się wszystko na co czekaliśmy - pojedynki, pościgi, romanse, moralne wątpliwości, dawka patosu zbliżona do śmiertelnej i szczęśliwe zakończenie zapowiadane tym razem jako definitywne.

I tak jak każdy poprzedni i ten odcinek miał sceny których nie zapomnimy. Zapewne należy do nich tak w której 'czarna masa' wdrapuje się na kostium Parkera, a przynajmniej wydaje się, że tego chciałby dystrybutor.

Ja jednak czysto subiektywnie wybieram inną scenę - a jest nią ... ta w której do walczącego o życie Mary Jane Petera przyłącza się henry w kostiumie Zielonego Goblina. Nic bardziej wzruszającego niż przyjaciele, odkładający na bok dawne waśnie, by stoczyć walkę na śmierć i życie. Może jestem bardzo sentymentalna ale postać Henriego przebija w tym momencie nawet Petera z jego moralnymi rozterkami.

W tym miejscy powinno być jakies podsumowanie, że film jest generalnie super i świetne efekty i może nawet coś o scenariuszu i aktorach.... ale nie będzie. Po co, przecież tytuł filmu jest sam dla siebie rekomendacją, i tak wszyscy wiedzą o co się tu rozchodzi. Więc miłej zabawy z amerykańską flagą w tle ;)




sobota, 5 maja 2007

Hakerzy

Co tu dużo mówić, kultowy film. Przed chwilą obejrzałam po raz kolejny, co muszę uczciwie odnotować. I mimo, że czas leci, to upływ lat widać tu raczej po aktorach niż po komputerach, których używają bohaterowie.

Specyficzna atmosfera zamkniętego środowiska hakerów, ze specyficzną muzyką, specyficznymi wyzwaniami i - jakżeby inaczej - honorem i lojalnością wobec przyjaciół.

Główny wątek (ale nie jedyny) opisuje kryminalną intrygę, dotyczącą wirusa, mającego zatopić tankowce. O jego wypuszczenie oskarżeni (oczywiście niesłusznie) są nasi bohaterowie. To oni właśnie są główną siłą tego filmu. Ich wyraziste postaci, dziwaczne zwyczaje, osobliwe czasem zachowanie czynią go oryginalnym i niezapomnianym. Chociaż są brudni, brzydcy i totalnie ześwirowani, widz chce być jednym z nich.

Minusów nie będę szukać, bo jeszcze bym nie znalazła i co wtedy ;) A do plusów brzydsza połowa ludzkości może zaliczyć jeszcze odważną i ponętną kreację Angeliny Jolie. Dopiszcie do list lektur obowiązkowych ;)

środa, 2 maja 2007

Holiday

Czyli film, który zafascynował mnie od pierwszego obejrzenia. Jest po prostu słodki. I nie tylko dlatego, że to komedia romantyczna ze szczęśliwym zakończeniem. Wbrew pozorom mało w niej 'szczęścia'. Jest za to sporo cierpienia i prawdziwego życia.

Podobno to pierwsza komedia romantyczna tocząca się dwutorowo, opowiadająca dwie równoległe historie. Bohaterki mające sercowe problemy zamieniają się domami na święta. Pomysł na scenariusz jest więc całkiem niestandardowy i dość dobrze wykorzystany. No i te dialogi!

Ale po kolei. Najpierw prawdy obiektywne - dobrze dobrani aktorzy, którzy wiedzą co robią. Dobry scenariusz, tego jeszcze nie widzieliśmy. Całość urzekająca. A teraz wreszcie mogę przejść do tego co sprawiło, że Holiday od razu znalazł się na mojej liście przebojów.

Jedna z głównych bohaterek - Amanda - jest producentką zwiastunów kinowych. Jej myśli przedstawiane są więc krótkimi scenkami o szybkim montażu, komentowanymi znanym wszystkim kinomaniakom głosem 'tego pana od zapowiedzi'. Tak, właśnie TEGO pana.

Z kolei Miles jest kompozytorem muzyki filmowej. Pośród innych wynikających z tego faktu miłych scen, mamy jedną, którą możnaby oglądać bez końca. Mianowicie w wypożyczalni wideo, zaczyna 'wykonywać' muzykę z kolejnych filmów, na dodatek komentując jej jakość. Smaku dodaje obecność Dustina Hoffmana i jego celna uwaga.

Mamy tu też jakby film w filmie. A raczej hołd złożony historii filmografii w filmie. A to za sprawą scenarzysty-emeryta, na którego zawalonym papierami biurku stoi spokojnie figurka Oscara.

A teraz z zupełnie innej beczki. Jak już mówiłam aktorzy są świetni. Cała 'główna' czwórka zasłużyła na owację na stojąco. Żeby było sprawiedliwie. A emocjonalnie, niesprawiedliwie i zupełnie bez uzasadnienia zwróciłam szczególną uwagę na Jude'a Law. Ma u mnie pierwsze miejsce za swój magnetyzujący akcent i za ciepłą, uroczą rolę. Nic więcej nie powiem, a kto film widział ten wie o czym myślę, gdy mówię, że jego postać jest po prostu urocza.

W tym miejscu, powinno być tak zwane podsumowanie, czyli kopiuj, wklej i trochę zmień wstęp. Ale nie będę się powtarzać. Rzucę tylko dobrą radą, wyświechtaną przez wszystkie reklamówki. Musisz obejrzeć ten film!

wtorek, 1 maja 2007

Underworld

Ciekawe czy zorientowaliście się skąd pochodzi 'moje' zdjęcie ? ;P Tak to właśnie ten film. Po prostu lubię wampiry. A Underworld ma wszystko co potrzebne w dobrej historii o wampirach i wilkołakach.

Po pierwsz wojna, która nawet nie wiadomo skąd się wzięła. A jak wojna to pościgi, strzelaniny, słowem akcja w pełni. Po drugie piękna główna bohaterka. A jak bohaterka to wielka miłość od pierwszego wejrzenia i na przekór obowiązującym regułom. Po trzecie ciemność. Ciemność czyli aura tajemnicy, kłamstwa, niepokoju, zdrady (?). Wszystko to sprawnie wymieszane w skomplikowanej opowieści za którą miejscami aż trudno nadążyć.

Czy jest to film ambitny? Nie. Ale tutaj pozwolę sobie na głośny i ostry protest, przeciwko poglądowi jakoby każdy film miał być dziełem sztuki niosącym ukrytą treść i głębokie przesłanie. Zdecydowanie gorszy efekt uzyskuje się, gdy twórca, który ma niewiele do powiedzenia, wciska na siłę przesłanie w swój film. Ja osobiście uważam, że dobrze, że Len Wiseman tego nie zrobił. Ciekawe swoją drogą co to by mogło być? Uwaga - krwiopijcy? ;P

Podsumowując - dobra rozrywka dla lubiących wampirze klimaty, dla całej reszty - czyli chyba większości ludzkości - film raczej ciężko strawny. Tak mi się wydaje bo mnie się podobał. Albo lubię ciemność, albo znowu dałam się reżyserowi naciągnąć na tą wielką miłość. No cóż... Blondynka w kinie ma swoje prawa ;)

niedziela, 29 kwietnia 2007

Spider-Man

Ze względu na fakt, iż wielkimi krokami nadchodzi Spider-Man 3 - zapowiadany jako najciekawsza częśc serii, zdecydowałam się na słów kilka o dwóch poprzednich częściach.

Po pierwsze - zawsze miałam słabość, do bohaterów broniących sprawiedliwości, ukrytych pod tajemniczą maską, i do historii o ich ukochanych kobietach. Dlaczego nie dziwi nas, że dziewczyna która kocha Petera Parkera, zakochuje się też w Spidermanie, by ostatecznie przekonać się, że to jedna i ta sama osoba? Bo tak być musi! Weźmy Supermana, Zorro, czy innych zamaskowanych obrońców ludzkości - od razu przekonamy się, że tak po prostu musi być.

Jednakże jest w historii Spidermana coś innego - nie tylko jest bohaterem, jest też człowiekiem z krwii i kości. Ma wątpliwości, nie wie co robić, popełnia błędy, wreszcie chciałby móc żyć jak każdy zwykły człowiek. Maska jest jego przekleństwem. Zaś do służby w obronie ludzkości pcha go nic innego jak poczucie winy - przez jego ignorancję zginęła najbliższa mu osoba. Wszystko to sprawia, że jest nam bliższy niż inni superbohaterowie. Ludzkie jest zarówno pragnienie porzucenia maski, jak i świadomość, że będzie ona wyznaczała cały jego los.

Ten film ma po prostu same zalety - jest superbohater ratujący świat, jest wielka miłość pokonująca przeszkody, są moralne dylematy, które wcale nie wypadają sztucznie. Są wreszci dobrzy aktorzy, świetne zdjęcia i efekty specjalne. Są zabawne sytuacje i dramatyczne pościgi. Ale najważniejszy jet główny bohater o dwóch twarzach. W części trzeciej mamy zobaczyć jak zmaga się z samym sobą, ze swoimi demonami. Nie mogę się doczekać !

sobota, 28 kwietnia 2007

Miss Potter

Jak już wiele razy o nim napisano - film na długie zimowe wieczory. Ja oczywiście musiałam go zobaczyć ze względu na Evana McGregora, który gra tutaj ukochanego tytułowej Beatrix Potter. Swoją drogą można go nie poznać z tymi angielskimi wąsikami ;)

Generalnie jeśli chodzi o samą historię, to nie jest to nic nowego, a i nadchodzące zwroty akcji da się łatwo przewidzieć, wręcz czuć jak się zbliżają. Nie ma też rzucających na kolana kreacji aktorskich - ich bohaterowie wpisują się idealnie w powolną narrację filmu, pozbawioną wielkich emocjii i wielkich niespodzianek.

Co więc ma ten film? Mnie bardzo się podobały zdjęcia, pejzaże. Charakter bohaterki - kobiety niezależnej w czasach które temu bynajmniej nie sprzyjały - fascynuje. Konwenanse tamtych lat przedstawione są tutaj w lekki zabawny sposób. Przyzwoitka, która chodzi wszędzie za Beatrix, chodź ta jest już dobrze po trzydziestce. Zwracanie się do przyjaciół, a nawet narzeczonego per 'panie Wayne', 'panno Potter'.

Wszystko to powoduje, że choć teoretycznie bohaterowie łamią przyjęte normy, choć targają nimi emocje - z ekranu bije spokój. Nawet tragiczne wydarzenia widz przyjmuje w spokoju. Czy to jest zaleta? Nie wiem. Wiem jednak, że można się tym spokojem zarazić, patrząc na malownicze zdjęcia angielskich wzgórz.

Star Wars: Episod III Revenge of the Sith

Studium upadania

Wybaczcie, ale nie mogłam zacząć od innego filmu. Najlepsza część nowej trylogii Lucasa, co prawda nie dorównująca według krytyków części piątej, ma jednak moim zdaniem coś czego nie ma w oryginalnej trylogii. Manowicie dla mojego pokolenia oryginalna trylogia istniała od zawsze. Wszystkie trzy filmy zawsze można było obejrzeć na kasetach, jeden po drugim. A Zemsta Sithów jest częścią na którą czekało się w napięciu przez trzy lata. W momencie gdy po Ataku Klonów znaliśmy już słodkiego Anakina, zjadała nas ciekawość jak trafi on w miejsce, w którym zobaczyliśmy go po raz pierwszy, jako mrocznego Lorda Vadera w Nowej Nadziei. W jego przemianie tkwi siła tego filmu.

Zemsta Sithów to trzecia z sześciu części sagi Gwiezdnych Wojen George'a Lucasa, zapoczątkowanej w roku 1977 filmem Nowa Nadzieja. O dziwo nakręcona jako ostatnia, gdyż chronologia akcji nie odpowiada w tym filmie kolejności tworzenia poszczególnych 'odcinków'. Moim zdaniem część najważniejsza, zawiera bowiem kluczowy zwrot akcji - przemianę cudownego chłopca Anakina Skywalkera w sługę ciemnej strony Dartha Vadera. Jest ona też filmem najbardziej ludzkim.

W duszach bohaterów grają wielkie uczucia, targają nimi emocje. Najpierw aż czuć z ekranu ojcowsko-synowską więź łączącą Anakina i Obi-Wana, po której potem pozostanie jedynie ból. Czuć strach męża oblewającego się zimnym potem, na myśl o utracie ukochanej. Anakin jest głównym bohaterem, tym z którym się identyfikujemy, dlatego też przeraża nas jego żądza władzy, jego zatracanie się w ciemności.

I co najważniejsze w tym epizodzie - cała saga okazuje się być nie historią galaktyki - ale historią człowieka. Jednego człowieka, którego poznajemy jako dziecko, który jest miły i dobry. Który walczy o to, w co wierzy. Który słucha głosu serca. Który kocha. I który upada. Jest to historia o pragnieniu władzy nad ludźmi, nad dziejami, a także nad życiem i śmiercią. O pragnieniu bycia najpotężniejszym w dziejach. Jest to historia pełna goryczy, historia, która nie ma szczęśliwego zakończenia, bo nie ma takowej możliwości.

Tak więc po wielu sensacjach, które przyniosła Zemsta Sithów, jak porażające efekty, jak zwylke wspaniała muzyka i tym podobne, za największą uzanć należy to, iż Gwiezdne Wojny przestały być opowieścią o Luku Skywalkerze - chłopaku z najdalszego krańca wszechświata, któremu udało się do czegoś dojść. Rozpatrywane w tym wymiarze są bowiem naprawdę płytkie. Jest wojna - pojawia się bohater - wygrywa bitwę i mamy happyend. Tymczasem spoglądając na nową trylogię można przerazić się tym, jak blisko jest od bohatera, którym przecież był Anakin, do tyrana - Lorda Vadera. To o nim jest ten film. Oto jego historia.

Linki
Bastion Polskich Fanów Star Wars
Imperial City Online
www.starwars.com

Beginning

czyli pierwszy i jedyny post nie na temat.

Jako iż uznałam autorytarnie, że wreszcie mam jakieś ogólne pojęcie o kinie i równie autorytarnie uznałam siebie za godną pisać recenzje tutaj właśnie zamierzam zamęczać Was opisami filmów i seriali wybranych według niepowtarzalnego klucza. Mianowicie chodzi o te które ja lubię ;) A przynajmniej o te które widziałam.

Pomyślałam sobie też, że miło będzie zostawić ślad po filmach, które widziałam, które zrobiły wrażenie, wzruszały, wkurzały, śmieszyły. Pamiętać co o nich myślałam oglądając po raz pierwszy i kiedy właściwie to było. Tak więc będzie bardzo nieobiektywnie i bardzo sentymentalnie. Będzie też dużo do napisania - ciekawe ile filmów człowiek średnio ogląda? Na ile godzin przenosi się do innego świata, po tej drugiej stronie szklanego ekranu?